Popularne posty

wtorek, 16 września 2014

Sherwood czy Kretwood?

Krookwood;)
Nie ma to jak poranny spacer w lesie - z psem, naturalnie. Właściwie - im wcześniej się wstanie, tym lepszy. Mokro, jeszcze trochę ciemno, a na twarzy osiadają kolejne pajęczyny...
Zawsze ten lasek przypomina mi filmowy Sherwood z adaptacji Robin Hooda z czasów zamierzchłych... Kto zatem pamięta ten film i tę melodię - proszę ze mną. Nie od dziś wiadomo bowiem, że mam rude włosy, kręcone w mnóstwo pierścionków, długą, szafirowa suknię i tiarę na bladym czole córy Albionu;)





Pamiętacie? Najlepszy Robin ever;)


Dobranoc. Niech Wam się przyśni Krookwood;)

poniedziałek, 15 września 2014

Sposób na hejtówę;)

Ostatnio spotykam się z dywanową wręcz krytyką mojego stylu życia, sposobu wychowania dziecka, warunków mieszkaniowych (!?!), zasad dietetycznych, a nawet wyboru współmałżonka. Krytyka ta szerzona jest żeńskimi kanałami podskórnymi, jest to "krytyka szeptana", "ukryta", "zakonspirowana"... Nie twierdzę, że mam to w doopie, no dobra, twierdzę: mam!
Zanim jednak osiągnęłam ten poziom, nieco się poprzejmowałam;) I po co? Hejters gonna hejt! Czy nie lepiej w niedzielę wstać rano i zamiast, jak rasowa hejtówa, nabijać się w rajstopki i zakręcać włosy lokówką, wdrożyć taki plan:


Wsiąść do auta i pojechać mały kawałek. W samochodzie śpiewać na całe gardło:


Potem wysiąść. Powoli wejść do stajni, gdzie już czeka moja nowa koleżanka:


No to idziemy na lekcję, wytrzęsiemy wszystkie smutki:


Taka piękna jesień, hejtówy!!! - trzeba korzystać z pogody, zamiast gapić się w tefaueny! Czego i Wam życzę na cały nowy tydzień. Amen.
PS. Do pełni szczęścia hejterek, aby w 100 procentach być "kompletną wariatką", brakuje mi tatuażu - hm... jakieś sugestie???;)))) Książę Małżonek twierdzi, że też sobie zrobi, zatem może jakiś "motyw podwójny";)))))

czwartek, 11 września 2014

Jak Kret został nagle, acz spodziewanie, hodowcą drobiu;)

Jak wszystkim zapewne wiadomo, Mój Ukochany Tata jest hodowcą drobiu - amatorem tego sportu został przypadkowo, bo całe życie nie znosił kurowatych, a ich nędzną obecność tolerował jedynie w rosole. Od kiedy jednak ma swoje stadko - oszalał kompletnie na punkcie niosek, które karmi zgodnie z regułami wszelkiej sztuki, a całe lato suszy im pokrzywy na zimę;) Kury dzielnie się odpłacają, zaopatrując nas w jajka. Świeże, żółciutkie, pachnące wolnym wybiegiem i świeżymi delikatesami. To są naprawdę szczęśliwe kury;)
Tak wspaniałe wyniki hodowli zachęciły Tatę do eksperymentów na innych polach pracy ze zwierzętami, ma zatem teraz i króliki, i gęsi. Namawiamy go na kozę, a on pewnie z czasem ulegnie...
Problem zaczyna się wtedy, gdy chciałby sobie gdzieś wyjechać, co czyni rzadko, ale czasem jednak czyni. Tak, jak i teraz. Uczynił. Pojechali sobie, a ja spakowałam Kruczego i dziś przybyliśmy w charakterze dame et chien de compagnie do mojej Babci. Gdy wysiadłam zatem na rodzinnym podjeździe byłam już właścicielką, tymczasową, co prawda, ale zawsze: 15-tu kur niosek, 9-ciu gęsi i 5-ciu królików, czy też królic - nie wnikałam. Kruczkowi najbardziej podobają się te gęsi, bez wzajemności zresztą.
Kury się mnie boją, mimo wszystko wieczorem zebrałyśmy 7 jajek, nie lubią mnie gęsi - syczą jak oszalałe;) A króliki mają duże uszy i chowają się głęboko w klatkach, gdy podchodzę. Dziwne, bo Tata je głaszcze po pyszczkach. Hm...
Potencjał w postaci niezagospodarowanej cioci stanowi w przyrodzie lukę, którą natychmiast trzeba wypełnić, po "oprzątnięciu" czeredy zwirzów zatem spędziłam wieczór w towarzystwie siostrzenicy.
Teraz kury już śpią, śpi już Babcia, która wyleczyła resztki mojej niedyspozycji żołądkowej jedynym słusznym lekarstwem (jak można się domyślać o dwucyfrowej zawartości oktanów), śpi już pies Kruczek, z którym właśnie wróciłam z patrolu powierzonej naszej opiece posesji. Mam nadzieję, że spokojnie śpią też gospodarze, pewni, że po powrocie zastaną wszystkie swoje zwierzęta w komplecie i w jak najlepszej kondycji;) Nie ma to jak zrobić opiekunem hodowli wegetariankę;) Jutro może poczytam coś kurom, to mnie może bardziej polubią;) Ciekawe, ile jajek będzie;)
Dobranoc. Takie wielkie gospodarstwo wykańcza...
Może uda mi się jutro zrobić im jakoweś zdjęcie;) Dzisiaj nie zdążyłam...

wtorek, 9 września 2014

Damskie siodło i szezlong

Obiecałam post o damskich siodłach i amazonkach. Jako początkujący bardzo jeździec zupełnie sobie tego nie wyobrażam, ale podobno to jest możliwe, a nawet - całkiem przyjazne i bezpieczne! Ale jak to zrobić? To już większy problem, potrzeba dużo ćwiczyć i mieć z kim;) Jak zwykle w takich razach pomagają Anglicy - najlepszym specem dziś od damskiej jazdy jest Roger Philpot z Londynu.
 http://www.ridinglondon.com/about/the-experts/roger-philpot/
Ale i u nas jest coraz lepiej i coraz więcej kobiet jeździ w tym stylu, choć - dalibóg - jak??? - tego jeszcze dociec nie potrafię;) Niektóre historie amazonek z chorym kręgosłupem, po operacjach, takich, które myślały, że już nigdy na konia nie wsiądą, zadziwiają - jeżdżą po damsku i mają się dobrze! Co tam! - skaczą!
Wspaniałe jest tu zaangażowanie naszej polskiej "naczelnej amazonki" - Joli Lipki i jej Stowarzyszenia! Wejdźcie tam i poczytajcie, pooglądajcie też!!! Te wspaniałe stroje i woalki wciąż żyją i są w użyciu!
http://wdamskimsiodle.org/?cat=2
Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś do poczytania nie wykopała fajnego;)
I oto takie fragmenty z dziełka angielskiego ujeżdżacza z końca XIX wieku:
"Giętkość powinna być nieodzowną cechą amazonki; nabyć ją można przez przyzwyczajenie się do konia, a także przez niektóre ćwiczenia przedwstępne, z których najlepszem jest taniec".
No to przecież oczywiste - czy ktoś widział amazonkę, która nie umie dobrze tańczyć??? Jakkolwiek dobrze sprawowałaby się jednak na parkiecie, nie zdoła sama wsiąść na siodło damskie, a przynajmniej nie mogła robić tego w XIX wieku, gdyż nie było to "godne wsiadanie". Aby wsiąść bowiem trzeba albo wskoczyć najpierw, a potem się instalować - dzisiaj możliwe, albo mieć schodki, podest, wreszcie - tak!!! - to ten moment!!!: podsadzającego ją mężczyznę;)))) Szkół podsadzania było kilka, zależnie od zażyłości, jaka łączyła dwoje ludzi i tak, jak mógł podsadzić mąż czy kochanek raczej nie mógł zwykły chłopiec stajenny;) Ach! Ileż scen literackich staje się teraz jaśniejszych!!! Jak wiele ten moment wyraża, jakie uczucia budzi! "Neutralne" podsadzania też są różnego rodzaju, każdy ujeżdżacz ma swój sposób, nasz Anglik też, ale nie będę tu tego wszystkiego cytować, bo to są szczegóły, choć arcyciekawe;)
Ale ad rem!
Zanim amazonka nie umieści się w siodle, nie można puścić nie tylko konia, ale i jej stóp! Wyobrażacie sobie!!! - trzeba trzymać kobiece stopy!!! - w czasach, kiedy nogi były największym fetyszem męskiej wyobraźni!!! Aby nie spaść, gdyby koń uskoczył, należało szybko obciągnąć kieckę i przełożyć nogę przez kulę, dopiero wtedy dosiad był stabilny i nie groził upadkiem.
A zsiadanie!!! Toż dopiero gratka!!! Nie wolno bowiem "zeskakiwać z konia", lecz należy się z niego wolno zsuwać, uprzednio podawszy dłonie zsadzającemu, co zrozumiałe dziś ze względu na stawy skokowe, wówczas było właściwe ze względu na formy. Choć ilekroć musiały być przekraczane, gdyż słyszymy takie oto napomnienia:
"Najczęściej się zaś zdarza, że kobieta rzuca się z siodła,kawaler ją łapie, chwytając za kibić, a nie mogąc jej utrzymać na wyciągniętych ramionach, pozwala zsuwać się jej po sobie. Jest to nieprzyjemne, niezręczne i mało przyzwoite." - a to kłamliwy, zimny Brytyjczyk;))))) Czy czujecie ten klimat??? Czy wyobraźnia działa??? Toż to wirujący seks, normalnie rozpusta w terenie! Każda amazonka, nawet gdyby ją tylko wsadzić i zsadzić, staje się natychmiast obiektem pożądania;)
A przecież są jeszcze różne inne podsyczacze wyobraźni męskiej: przede wszystkim szpicruta, która jest obowiązkowa, gdyż z prawej strony zastępuje łydkę i pomaga sterować koniem, a poza tym strój! Strój, który jest arcyważny, który zmieniał się w samym XIX wieku kilkakrotnie, a który  jest do dziś obwarowany wieloma prawidłami i zasadami. Kilka zdjęć starych rycin dla poglądu, jak wyglądać mogła amazonka, w samym tylko XIX wieku:
Kobiety, dzięki zmianom w konstrukcji siodła w XIX wieku od dawna już polowały i galopowały:


Wyglądały zawsze stylowo - niezależnie od mody - wiek XIX w przekroju - tutaj empirowo:

Tutaj - "romantyczne lwice":


A tutaj - posągowe "pozytywistki"


Jednak od zawsze był to sport "rodzinny";)

Kroje strojów oczywiście zmieniały się częściej niż "epoki literackie", ale taki podział wydaje się wystarczający na początek.
Zawsze jeździectwo w takim stroju było sportem ekstremalnym, zawsze generowało wiele wypadków - głowy nie chroniło nic poza kapeluszem i woalką, a nogi były zaplątane w metry materiału! Gdy podczas upadku spódnica zahaczyła się o kulę lub strzemię  kobieta była wleczona dowolnie przez konia, choćby nawet zdołała się wyplątać ze strzemienia (przy damskim siodle jest tylko jedno). Dzisiaj zatem spódnice do jazdy są tylko symboliczne, a do skoków zakłada się kask...
W XIX wieku kiecki musiały obowiązkowo przykrywać wszystko i malowniczo zwisać z konia, były dłuższe z jednej strony, co podpinano do chodzenia. Wszystkie te fałdy i draperie wyglądały bardzo malowniczo, ale były szalenie niewygodne, nie wspominając o tym, jak ciężkie się stawały w deszczu;) Pławienie konia odpadało, no chyba że nago;)))
Do takich brewerii jednak nie dochodziło zbyt często. Częściej zdarzały się inne przypadłości: stłuczenia, złamania, skręcenia, ale i po prostu otarcia, odgniecenia i rany spowodowane złym ubiorem. Przywołajmy ponownie naszego Anglika. Pozwólcie na dłuższy cytat, bo ciuchy z wieku XIX to mój konik;)
"Kobiecie na koniu bardzo łatwo się skaleczyć. najmniejsza fałda w ubraniu powoduje obtarcie. Do dłuższej jazdy, zwłaszcza do polowań, radzę nakładać zamiast koszuli, półkoszulek z bardzo cienkiego materiału, przewiązując go w pasie. Kołnierzyk i mankiety powinny być przyszywane, a nie przypinane szpilkami, które nie trzymają się na miejscu, wypadają lub kłują.
Radzę usilnie nie nakładać pończoch, bo podwiązki zawsze krępują, często są powodem prawdziwego cierpienia i wywołują ciężkie i bolesne rany." Dodajmy, że na ten przykład empirowe elegantki nosiły nawet podwiązki z metali szlachetnych, żeby wyglądać bardziej "antycznie" - metalowa obrączka na łydce pod kolanem - super strój na konia;)))
Pisał jeszcze o butach, o spodniach, które musiały być obowiązkowo pod tymi kieckami etc. Skarpetki często podszywano jedwabiem, żeby były "milsze" - ach... Odradzał buciki na guziczki, bo odgniatały się w czasie jazdy i wysokie "oficerki", jako utrudniające czucie konia;) A dzisiaj? Człowiek ma dopasować czapsy i jest zagubiony;)))
Czesać należy się "mocno", gdyż "kobieta, która jest zajęta trzymaniem czy poprawianiem swojego kapelusza lub woalki, myśli za mało o koniu i, można powiedzieć, że tracąc kapelusz, niemal traci głowę."
Wszystkie te uwagi nie były nieważne - gdyż kobiety często wracały z przejażdżek zbolałe i "musiały przebywać na szezlongu"!!!!
No szezlong wyjątkowo niedobre miejsce do przebywania;))) jakże jednak nie opaść na szezlong, gdy jeździ się w gorsecie? A żakiety są tak obcisłe, że często trzeba je zapinać specjalnymi oczkami? Że nie wspomnę o damach, które się w nie zaszywały na fest;)
Gdyby zaś ktoś chciał jeździć "po męsku" - no cóż:
"Pomijając to, że amazonka traci przez to cały swój wdzięki kobiecy, jest to bardzo niepraktyczne (sic!!!!!!!). czego brak zawsze jeźdźcowi? Przylegu, tj. pewnego dosiadu. Tem bardziej będzie brakowało przylegu kobiecie, bo ma uda okrągłe i o wiele słabsze niż mężczyzna". Jakieś pytania???;)
Jazda po damsku jest wielką frajdą zapewne, ale - póki co - pozwólcie, że popracuję na męskim dosiadem;) Nie mam bowiem szezlonga...

PS. Zaglądałam do: A. Banach, O modzie XIX wieku, Warszawa 1957; J. Fillis, Zasady ujeżdżania i jazdy konnej, przeł. Z Czajkowski, Zakrzów 1999 (wg wydania z 1930 roku); A. Sieradzka, Kostiumologia polska jako  nauka pomocnicza historii, Warszawa 2013; Ilustrowana historia strojów, kons. M. Leventon, Warszawa 2008.

poniedziałek, 8 września 2014

"Nie ma dobrych blogów";)

- powiedział właśnie Książę Małżonek. Kto wie, jak to jest mieć w domu "antyfana"???
Jedynie chyba Justyna Steczkowska;) http://www.youtube.com/watch?v=ylv05NX0yU0   - kto chce, niech zajrzy - ale trzeba do końca obejrzeć filmik;)
Na szczęście jestem nie tylko blogerką;))) 
Wiem, że obiecałam posta o damskim dosiadzie - produkuje się, ale idzie mi wolno wyjątkowo, bo od piątku nic nie jem;) Po tym, jak zjadłam "coś" w tzw. "trasie" na pewno nieco schudnę. Proszę zatem wszystkich zainteresowanych o cierpliwość. Konie też odpadają, bo za słabam na siodło...
G. zjechał, lecz miast projektowanego tortu czekoladowego, zgotował mi krupniczek z ryżu i warzywek, którym po trochu się posilam... Wczoraj było tylko kuzu i pieczone jabłko, dzisiaj już gotowana marchewka;)
Pogoda piękna, więc dogrzewam żołądek na quasi-tarasie i patrzę, jak nie zrobiłam posadzki w tym roku, a materiały się przeterminowują... Cóż, tylko spokój...
A teraz czas umili koncert mojej domowej artystki - wszystko gotowe - jesteśmy wszyscy wielkimi fanami!!!


Lecę na koncert i po autograf!!!
PS. To statyw pod mikrofon, btw mój patent;)

czwartek, 4 września 2014

Kto ma lampki choinkowe na swoim podwórku?;)

No ja mam;)) i niejaka Gretchen (what a name!!!;)) Bo takie jesteśmy "wsiowe kobity", co mają na głowie ważniejsze rzeczy;) 
Dzisiaj byłam w mieście -caaały dzień - utoczono mi nieco krwi i usłyszałam komplement z ust radiologa: "Jaką ma pani zgrabną prawą nerkę!" Hm... 
Ponadto widziałam na Starym Rynku - tak!!! - samego prezydenta miasta Poznania!!! Nie zasnę dziś z wrażenia;) 
Stałam w korkach na Królowej Jadwigi, Hetmańskiej, Głogowskiej, Grunwaldzkiej i Libelta, a także od Starołęki w górę i w dół... Miasto mnie wessało, przeżuło i późnym wieczorem wypluło - nic miłego;) 
Głowa mnie boli, a na to jest jeden jedyny sposób, który idę wdrożyć: czerwone wytrawne, leżak na quasi-tarasie, ciepły polar (niestety!!!) i pies do towarzystwa. Dziecko już w łóżku, Książę zasiada do pracy, a ja - mam tę czarną noc nad sobą, księżyc przyświeca lekko sponad stodoły, malowniczo wyglądają dziury w dachu, nisko kołują nietoperze. Powoli wieś idzie spać, kolejno gasną światełka za modnie przymarszczanymi firankami, cisza, cisza... Żadnych spalin, jutro rano pójdę do lasu, na grzyby, dziś - pogapię się w jego czarną linię na horyzoncie;) Żadnych korków, żadnych sygnałów karetek pogotowia, żadnych zakazów parkowania i odbijania kart Peka, żadnego prezydenta... 
Kurde balans, jaka ze mnie "wsiowa baba!";) Pozdrawiam zatem wszystkie "wsiowe baby", które mają bożonarodzeniowe lampki wciąż na swoich gankach, a dzieci na biodrach, gdy wychodzą przed dom, te, które lubią piwo zamiast szampana i - choć nie przypominają Barbie - w byle jakiej bieliźnie potrafią rozgrzać chłopa nie gorzej niż miastowe w wiktoriasekret;))) 
Dziewczyny, to dla Was - na dobranoc! Hey - yeee!


poniedziałek, 1 września 2014

Kret się w końcu puścił;)

"Co dziś słychać w świecie koniarzy?" - zapytał "skoro świt" (czyli koło 11-tej) Książę Małżonek, gdy przetarł oczęta. Ano co słychać? Nic. Bo konie mają teraz remont stajni, regenerują się, a my mamy przerwę w "treningu";)))) Ale ja nie tracę czasu, gdyż doświadczenie siodła otworzyło mi oczy na wiele spraw, a już zupełnie zmieniło postrzeganie literatury i - jak to Kret - postanowiłam trochę poryć w tej sprawie głębiej, bo mam pewne przeczucia, o których jeszcze muszę zmilczeć;)
Na padoku postępy moje są zresztą "gigantyczne" - dokonał się przełom: puściłam się (!!!!) siodła w kłusie anglezowanym i do tego - z zamkniętymi oczami!!! Tak, wiem, jestem niespełna, ale na tym polegało ćwiczenie, które pomogło mi się w końcu rozluźnić na koniu! Zrozumiałam, że i tak mam przesrane, skoro już na nim siedzę, muszę mu zaufać, a moje oczy w niczym mi nie pomogą w razie czego;))) Po raz pierwszy zatem w czasie jednej jazdy dokonałam dwóch niemożliwości: puściłam się - (!!!) jak to brzmi! - i wyluzowałam;))) To zasługa jedynie trenerki, która jest doprawdy nieziemska;) A może i trofiejnych bryczesów, które naprawdę pomagają trzymać się w siodle (mimo, że są trochę za duże)!  Coś mi mówi, że za rok dołączę do dożynkowych kaskaderów konnych;)))) I oby nie wcześniej...
Gdy po treningu pytałam w stajni, czy zadowalający efekt rozluźnienia można osiągnąć również sposobem alternatywnym - mianowicie poprzez wypicie setki wódki przed jazdą, usłyszałam czyjś gromki śmiech...
A to taki pan, w sile wieku, w rozklepanych do reszty skórzanych, wysokich butach do jazdy, w wytartych bryczesach wojskowych i zielonej koszulce. Podszedł do mnie i powiedział; "A z pani to jeszcze będą ludzie!" - po czym wsiadł do białego "weterana szos" i pognał w las, zostawiając mnie zdumioną, z siodłem na rękach, w osłupieniu... To musiał być ON - PRAWDZIWY KONIARZ!!!
Więc kiedy nie jeżdżę - czytam literaturę fachową i zachwycam się tym, jak bogata i ciekawa jest historia jeździectwa! Zupełnie inne spojrzenie na wszystko! Już wiem, jak wygląda kulbaka, jak siodło westernowe i jak można wspaniale jeździć w tym stylu - tak jeździli średniowieczni rycerze! Doczytuję o kawaleryjskich zwyczajach koszarowych i płóciennych wiadrach do pojenia koni - bardzo poręczna rzecz! A jazda na damskim siodle!!! - to kopalnia wiedzy!!! Jeśli chcecie, to Wam poopowiadam, jak to kiedyś robiły amazonki;) Miały jaja, kobity!!!
Opowiadam o tym wszystkim Księciu, którego wciąga to tak samo jak mnie, stąd tak się dopytuje, co tam doczytałam nowego...
A dzisiaj dostałam od niego prezent;) Czyż to nie urocze? Jestem wzruszona i doprawdy nie wiem, co napisać... Czy ktoś dostał kiedyś coś równie romantycznego i poruszającego? Równie bogatego w znaczenia i wieloaspektowo ujmującego rzeczywistość? No, sami spójrzcie... Znalazłam to po południu na komputerze - zawilgotniały mi oczy...


"Taka miłość się nie zdarza"...

niedziela, 31 sierpnia 2014

DD czyli Deszczowe Dożynki;)

O dożynkach w naszej gminie pisałam już tutaj:
http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2012/08/dozynki-gminne-czesc-oficjalna.html
A rok temu weseliłam się u Tomaszewskiej, więc w tym roku jak znalazł - pojechaliśmy na dożynki;) A choć nie pracujemy w tej branży, mieszkamy tu i razem z rolnikami chcemy też cieszyć się z zebranych plonów i zamknąć wspólnie sezon. Napracowali się, napocili na kombajnach, niech nam na cały rok starczy wszystkiego, czym gleba obdarzyła! Lubię ten dzień - to łagodne i w sumie wesołe przejście z lata w jesień, lekkie wyhamowanie, zwolnienie obrotów, poczucie dobrze spełnionego obowiązku, zimne piwko, lody truskawkowe, baloniki i wata cukrowa - któż tego nie lubi?
A w tym roku spadł sobie deszcz i dożynki jakieś takie były - zważone;) Niby fajne, ale to już nie to - bez słonecznej pogody;) Gdy po dużych lodach zapakowaliśmy się do Strzały, lunęło jak z cebra... Ale zdążyłam kilka fotek machnąć;)
Były maszyny "ze słomy" i maszyny "z maszyn":
Znów byli kaskaderzy konni, ale nie wiem, co wyszło z ich pokazu, bo zaczęło tęgo lać. Przyglądałam się, jak rozgrzewali się na "torze":

video

Wszystkim przygrywała orkiestra, jak na mój gust, nieco zbyt langsam-langsam;) Przepraszam za złą jakość nagrania, ale aparat mój szczątkowy był regularnie bombardowany przez gigantyczny balon w kształcie jednorożca, który powierzono mi na przechowanie, gdyż właścicielka wściekała się na dmuchanym zamku;)

video

A skąd ta orkiestra?
A stąd:

Hana, to od Ciebie???
I zdążyliśmy przed deszczem - co ważne, bo przed domem suszyły się ubranka na jutro - na ROZPOCZĘCIE ROKU SZKOLNEGO - kto nie wierzy, że lato tak szybko minęło??? JA!!!! JA!!!!!!

sobota, 30 sierpnia 2014

Kret i Kruk uciekinier

To się stało wczoraj, wieczorem, koło siódmej/ósmej. Poszłam do sklepu, "pies zostaje" - miał przykazane niejaki Kruk. Od pewnego czasu nie zabieram go już do sklepu, bo przywiązany nawet na chwilę strasznie szczeka na innych klientów! Poza tym boję się, że go ktoś spuści "dla jaj" ze smyczy, co zasugerowała mi dalsza Sąsiadka, bo "widzum, jak ty go kochosz!"
Idę sobie, idę, pies został pod lipą, oparty o płot - patrzy za mną. I po swojemu narzeka. Nagle - narzekanie się skończyło. Kierowana jakimś instynktem, odwracam się, a ta cholera, tzn. Kruczysko nakrapiane, zasuwa za mną do sklepu!!! Ale żeby po chodniku!!! Gdzie tam!!! Całą szosą!!! Od krańca do krańca!!!!
A tu po obu stronach domy - tu naszczekuje Elza, tam na podjeździe czeka w gotowości czarny Kajtek, z drugiej strony dwa kocury aż się proszą o interwencję - a Kruk: rozbiegane oczka i cały na wolności!!!
Spanikowałam w pierwszej chwili, ale zaraz oprzytomniałam, bo psa trzeba natychmiast zabrać z jezdni;)
Postawiłam koszyk, a że nie chciałam drzeć się na całą wieś i go straszyć, bo pewnie wyczułby moją lekką panikę w głosie, rozejrzałam się, czy nic nie jedzie i ile mam czasu, a potem po prostu przychyliłam się, poklepałam się po kolanach, jak zawsze, gdy się bawimy, a Kruk - uśmiechnięty i w lansadach podbiegł do mnie natychmiast!!! To niebywałe!!! Pierwszy raz w życiu przyszedł na pierwsze wezwanie, gdy się wyrwał na wolność!!! Zwykle za cholerę nie przychodzi! Ale nie był taki, podbiegł.
Czuł jednak, że zrobił źle - gdy już był przy mnie - posikał się bidulek z wrażenia!
Nie miałam smyczy, więc drania na ręce (dobra zgrzewka wody mineralnej w ruchu;) i do domu. Nie karciłam go zbytnio nawet, bo cieszyłam się, jak głupia, że przyszedł od razu! I chciałam go nade wszystko zabezpieczyć!
Na podwórku okazało się, że  - wyjątkowo - nie zamknęłam bramy na łańcuch i kłódkę, tylko na skobel, który Kruk sobie podniósł! Złoczyńca poszedł do chlewika siedzieć w kozie, a ja poszłam z powrotem do sklepu.
Całe szczęście, że tak szybko go złapałam, skóra mi cierpnie, na myśl o tym, co mogłoby się stać!
Oczywiście, w domu dostałam reprymendę od reszty załogi, że jestem nieodpowiedzialna, bo od dawna wiadomo, że ta małpa (Krucza) sobie wszystko otworzy!
A tak zbieg wygląda teraz:


No i jak go nie kochać, co?

piątek, 29 sierpnia 2014

Warzywniak jak się patrzy...

Takie cuda tylko w Sąsiedzkim ogrodzie.
Czarne pomidory:

 Okrągłe ogórki:
 Kwiatki, które "ogoliłyśmy" do sypania na odpuście:
 Wszystko rośnie jak głupie;) A u mnie nic, ino pyrz! Zdjęć dla kontrastu nie dam;)


Miłego ostatniego weekendu wakacji!