Popularne posty

niedziela, 28 czerwca 2015

Terenowe zajęcia i zdjęcia;)

Abym mogła z Siskiem jechać w teren (mój pierwszy teren!!!) potrzebne były długie logistyczne przygotowania i nieskończone rozmowy telefoniczne. Zaangażowane zostały siły w postaci niemalże całej rodziny: Księcia Małżonka naturalmente, nieocenionych Dziadków, Szwagra w charakterze bejbisittera, trzech kierowców dwóch samochodów, mojej Babci i brata mojego Szwagra, że o trenerze i trójce koni nie wspomnę;)
Ale tak to bywa, gdy dwie szalenie zajęte, pracujące matki dzieci w wieku przedszkolno-wczesnoszkolnym chcą się w sposób zsynchronizowany urwać z życia na trzy godziny;)
Wcześniutko rano zatem - cała wykoniowana - ruszyłam do stajni mojego Siska. Czy pamiętacie jeszcze Magalkę? - konia na którym galopowałam pierwszy raz w życiu? Znowu jej dosiadłam.

I galopowałam dużo dłużej, nieco szybciej i - po lesie;))))
Wyjazd trwał 2 godziny - było wszystko: las, zjazdy po piachu, podjazdy, strome zbocza rowów, przekraczanie brodu, ciasne przesmyki między drzewami, rozległe łąki i najszybszy kłus, jakim kiedykolwiek jechałam... Do tego wszystkiego dwie godziny SAME, zajęte kompletnie CZYM INNYM niż zwykle - no i Siska ulubiony trener, który tak naprawdę jest psychoterapeutą i mistrzem relaksacji, dla niepoznaki tylko występującym w bryczesach.
Plenery nieziemskie, my górą, pod nami piach i jezioro, zieloność wokół, gałęzie nad głową, harcerskie stanice, zdziwienie i zachwyt w oczach wędkarzy, rozwarte szeroko oczy dzieci w mijających nas samochodach, konie spłoszone przez wyskakujących nagle z krzaczorów biegaczy - no wszystko. Był głośny śpiew, nieskromne pogwarki, śmiechu co niemiara, całkiem sporo przerażenia w moich oczach, gdy Darek (zwany przeze mnie nie bez powodu Galoparkiem) lekko poganiał mojego konika;)))
Telefony zostały w stajni - mieliśmy tylko jeden (na wszelki wypadek), który sam z siebie, z kieszeni Siska wystając, strzelił taką oto fotę:


To były cudowne godziny! Wszystkie ćwiczenia na padoku się przydały - dałam radę! Co prawda czujne oko Darka Galoparka wyłapało to i owo do poprawki, ale jeździectwo to sport na całe życie, jeszcze zdążę się podciągnąć... Ciężka praca moich trenerów w macierzystej stadninie przyniosła efekt! Nie było tylko skoków - co zrozumiałe - konary i pnie "do skakania" robiliśmy w stępie.
W porównaniu z listopadem, gdy siedziałam pierwszy raz na Magali, postęp jest gigantyczny!
Nie wiem, czy można się "dozakochać" w koniach, ale jeśli można, stało się. Jeśli kiedyś będę staruszką cierpiącą na bezsenność już wiem, co będę wspominać;) Te pola szumiących zbóż, tak piękne, że aż do obrzydzenia. A gdybym chciała kiedyś zamówić sobie fototapetę typu "kicz-prodżekt na ścianę za telewizorem" byłby na niej rozległy widok pól, zwieńczony kościelnymi wieżami miasta.
A to moja partnerka - godna profesorka Magala (wstawiam zdjęcie z listopada):


I jej córka - Mila - (nowsza fota):


Więc jeśli jutro spotkam złotą rybkę, a mam nadzieję, że spotkam;) - poproszę ją o powtórkę z takiej właśnie rozrywki;) Co Ty na to, Rybko?


"Przy dobrym planowaniu powinno się udać" - odpowie mi zdecydowanie - założycie się?;)

wtorek, 23 czerwca 2015

Rabata "bankowa" dla zainteresowanych;)

Nie było mnie w chałupie kilka ładnych dni. To nie takie proste - zostawić taką chałupę jak moja, gdzie szfystko rozgrzebane. Trzeba niektóre rzeczy podopinać przed wyjazdem, bo inaczej - nie będzie czego zbierać po powrocie. Musiałam więc przynajmniej posadzić rośliny, które kupiłam. Ubolewam też, że nie mam czasu na konie, które ostatnio widuję tylko na swojej lodówce:


Część z zielenin będzie robić jako "tło" pod płotem, część zaś kupiłam specjalnie na tzw. "rabatę bankową". Moje ogrodniczenie ma bowiem od początku wymiar nieco ironiczny ("inoryczny", jak mawia moje dziecko) - inspiruje się wieloma modami, elementami i estetykami. Obecnie pracuję nad portalem wczesnoromańskim, a właściwie już go wylizuję do czysta, ale premiera będzie później, gdyż teraz pada deszcz i uniemożliwia mi ukończenie malowania rynien.
Rabata "bankowa" powstała dzięki fascynacji estetyką rodem sprzed banków w powiatowym mieście (dowolnym zresztą powiatowym mieście tego kraju), a nawet i sprzed większych miast też, tyle że tam jest z reguły mniej miejsca na zieleń, więc stoją iglaste w doniczkach przy drzwiach;) A dobrze, gdy są prawdziwe, często bowiem sztuczne rządzą tak na zewnątrz, jak i w środku. Raz nawet babcia mojego Księcia Małżonka przyniosła sobie "szczypkę" taką do domu - wsadziła w doniczkę, ale nie urosło. Należy jednak zapisać na plus, że i nie zwiędło.
Rabata bankowa powstała zgodnie ze wszelkimi prawidłami sztuki ogrodniczej "współczesnej" - zakupiłam nie tylko roślinność odpowiednią, ale i agrowłókninę, i - UWAGA - grysik marmurowy, zwany wdzięcznie przez ksiecia Małżonka "posypką";) Wiecie, jak dobrze się bawiłam???? Do tego doszedł jeszcze element anty-Kruczy w postaci "płotka-chujotka" i całość prezentuje się dumnie, że bum-tra-la-la;) Książę Małżonek turlał się dwie minuty po wyjściu z domu - i zadał tylko jedno pytanie: "Boszsz... Kret, skąd ci się to bierze?" No skąd? A ja wiem, ale nie powiem;)

Oto metamorfoza tego "zakątka". Zdjęcia "przed" i "po":



Tak wygląda rabatka "bankowa" przy fasadzie południowej;) Fasada ta zyskała ostatnio look wybitnie a'la "Willa Śmiesznotka" rodem z Pippi, do pełni obrazu brakuje tylko konia na ganku - popracujemy i nad tym;)
Martwi mnie tylko, że tak wspaniała rabata "marnuje się" w zasadzie, gdyż kompletnie jej nie widać z ulicy;) A w przedogródku - masakra i płacz rzewny. Tam metamorfoza jest dopiero w trakcie projektowania. Do realizacji potrzebuję jeszcze kilku worków kory i ze dwa tygodnie czasu i pogody;) Ale - i na przedogródek nadejdzie sądny dzień przez Dzikie Pola;)

niedziela, 14 czerwca 2015

Kret w ciągu, pociągu i przeciągu;)

Jestem obecnie w jednym z najgorętszych okresów - tak w pracy, jak i w ogrodzie - jest wyczerpująco i gorrrrąco! U nas - temperatury tropikalne, wilgotność powietrza niesamowicie duża, bo regularnie pada nocami lub przechodzą gwałtowne burze. I dobrze, że pada, bo inaczej byłoby nie do wytrzymania! Pogoda ta jednak jest zdradliwa, wczoraj o mało nie zemdlałam w pociągu do pracy, dzisiaj jadę samochodem w związku z tym. Trochę mi szkoda tych dwóch godzin czytania, ale w pociągu - pootwierane wszystkie okna, przeciąg na maksa, a i tak duszno. Wróciłam wczoraj ledwie żywa, a ze skręconą boleśnie szyją od pociągowego przeciągu;)
Po powrocie trzeba było rozruszać nieco pokręconą szyję, więc do dziesiątej wieczorem (bo przecież widno) malowałam dom;) Prawie skończyłam już to, co zamierzałam, ale jak się rozpędzę - kto wie, jak to się skończy;)
Wczoraj z samego ranka (wstaję ostatnio koło piątej, bo inaczej nie "nadanżam" za sobą) pstryknęłam cudowną mgłę poburzową. Zapachu mokrego świata nie da się sfotografować, a szkoda...
Jaśmin - pierwsze moje tutejsze nasadzenie - kwitnie jak szalony;) To z dedykacją dla Mnemo;)
(W tle - kroczy Kruczy, naturalment).


Taras prawie skończony, pojawiły się nawet takie:


Od teraz już nie będę go fotografować, zanim na 100% nie skończę swoich planów względem niego;) A to jeszcze trochę potrwa;)
Kfjotki tu i ówdzie:

Dojrzewają zbiory:

Pajęczaki się snują, w przeciwieństwie do mnie - mają czas:



Ja zaś jestem w ciągu;) Nie mam czasu na nic, a kiedy śpię (co krótko) zawsze coś obmyślam, na ten przykład: gdzie i kiedy (z naciskiem na kiedy) ja to posadzę?


I planuję dzisiaj wyskok do budowlanego na cito, mimo niedzieli, bo Kruk jednak podlewa mi cyprysiki i rzecz zaczyna wyglądać tak, a zabrakło mi już materiałów na zasieki antyKrucze;)


Poza tym - wczoraj po powrocie zastałam taką oto budowlę autorstwa mojej córki - od wczoraj nie tylko Piza i Toruń, ale również i podwyrko Kretowatej może się poszczycić krzywą wieżą:


Jej żywot będzie jednak w miarę krótki... Już bowiem mam kolejne pomysły - i nie zawaham się ich zrealizować;)
PS. Drogie Koleżanki Ogrodniczki! - kto mi napisze w prostych żołnierskich słowach, jak mieć malwy? Czytam i czytam o tych dwuletnich bla, bla, bla - nic nie rozumiem: kiedy sadzić, kiedy kupować - help, help, help!

piątek, 5 czerwca 2015

Cegła i jej następstwa, czyli Kret robi "taras";)

Dzisiaj - wpierw szybki wyskok do budowlanego po grunt, bo brakło, potem - jeszcze przed śniadaniem, kompletowanie sprzętu (temat na osobny post), a potem - do roboty:


Szło jak z płatka:


Z pomocnicą:


I kierownikiem budowy:


I oto jest - efekt prawie końcowy:


Osiem godzin - bez "fugowania", mycia narzędzi i Kretowatej;)))
Potem - szybki prysznic i na basen z dzieckiem. Po powrocie - tylko piwko z widokiem na nową nawierzchnię;) Jutro z samego rana - "fugowanie" i na koń! A potem - same rozkosze (czytaj: pełna chata gości na dwa dni)
Kurna olek - zajebista jestem w te klocki;) A jaka opalona;) Miłej reszty weekendu!
PS. Dla ciekawych: kiedy Książę wstał skoro świt (o trzeciej) znacznie przyczynił się do postępu prac, podając materiał budowlany (oczywiście tylko do momentu, gdy to boleśnie pierdzielnął się cegłą w kolano - c.b.d.u.) - ma więc i on swój udział;) Żeby nie było;) Księżniczka zaś pomagała bez przerwy, na dodatek pracując w charakterze radia, za co jej chwała i dziękczynienie, zagłuszała bowiem skutecznie sąsiadowe disco polo;) Strat własnych żadnych - nie licząc rąk Kreta - ale w tym upale nie dało się w żadnych rękawicach;) + zostało trochę cegły i worek kleju...
PS.2 Komentarze - wybór: "Chce ci sie to kłoś wogle? Nawet nie klinkier!" "Co bydziesz na tym stowiać? Bo to dopiro podmurówka, nie?" "Taki podłogi to żym w życiu nie widzioł!"

niedziela, 31 maja 2015

Kretowata - "to mo klawe życie"!!!

- myślą wszyscy krewni i znajomi królika. Siedzi se na tarasie, kwiatki jej kwitną, sąsiadki znoszą ploteczki i świeże mleczko, a ona tylko kawkę za kawką popija i na bzy kwitnące spogląda. Krasnoludki zapieprzają na strychu aż miło, Księżniczka sama się strofuje, by była cicho, bo mama jej księgi czyta i zrazu od nich mądrzeje, zaś obiadki są podawane "na godzinę". Zmartwień nie ma żadnych, bo co to za zmartwienie, czy dzisiaj włożyć tę czy inną chusteczkę na włosy, aby powabniej na gumnie wyglądać. Kiedy zbrzydzi jej się domowa sielanka i równy trawniczek wokół wykorowanych nasadzeń, wtenczas jedzie na konie, gdzie pięknie galopuje, biorąc po drodze wszystkie przeszkody, aż trenerom serce rośnie, a koń wraca do stajni mokrusieńki. Ona sama zaś - czysta i pachnąca jak lilija - wychodzi na spacer na pole, by popatrzeć na swoje pięknie rosnące arboretum... Ptaki śpiewają swe trele, wiatr niesie zapach dojrzewających zbóż, a słońce wolno stacza się za stodołę sąsiedzką, kładąc na zamykających się kwiatach długie cienie.
W tym czasie łaziebnice już szykują kąpiel w ziołach i olejki wonne, zaś pokojowe ścielą łoże i okadzają je lawendą. Pies posłusznie idzie przy nodze swej pani, gdy ta wstępuje na wysprzątane pokoje, a Książę Małżonek podaje jej wieczorny puchar wina. 
Czyż muszę dodawać, ze rzeczywistość wygląda zupełnie, ale to zupełnie, inaczej???
Za to kocham tę piosenkę, która jak nic pasuje do w/w myślenia o życiu na wsi:



piątek, 22 maja 2015

Przy Kretowatej - uważaj, co mówisz;)

"Ok, ok, pomogę Ci rozładować cegłę, żeby nie było..." - powiedział dwa dni temu Książę Małżonek w nadziei, że odczepię się i zapomnę;) A tu - tadaaaaamm...



Paleta cegły raz, na wynos;) I do tego kilka woreczków cementu, kilka woreczków czegoś tam jeszcze... Solidarnie, po 50 %, rozładowane.
Reszta - to już moja broszka;) Zakupione rękawiczki czekają na to, kiedy je włożę... Oby pogoda mi sprzyjała w kolejne weekendy! Juhuuu!!! Sezon budowlany uważam oficjalnie za otwarty!!!

wtorek, 19 maja 2015

Podwórkowa archeologia

Myślałam, że moje podwórko nie ma dla mnie już żadnych tajemnic... Jakże się myliłam... Okazało się, że tak zwykła czynność, jak wykopywanie rowka pod żywopłot może skończyć się poważnymi pracami archeologicznymi i zablokować sadzenie na dwa dni;)
Oto, co odkryłam, całkiem płytko, na głębokości jednego szpadla zaledwie:


Składowisko szkła: stary żyrandol, zastawa w fioletowe kwiatki, buteleczki z lakierem do paznokci (!!!), buteleczki po lekarstwach, po oranżadzie (z krachlami!), mnóstwo gwoździ i sprężynek od słoików;) Akcja wyjmowania trwała całe popołudnie, a Księżniczka podstawiała kolejne wiadereczka...
W związku z tym posadziłam tylko połowę - ale w końcu się udało i nawet zamontowałam prowizoryczne anty-Krucze zabezpieczenie, póki co - działa;)


Nie wiem, kto był na tyle bezmyślny, żeby szklaną i ceramiczną stłuczkę zakopać sobie przy bramie - nie wnikam... Grunt, że większości już tam nie ma... Choć pewnie pojedyncze egzemplarze jeszcze zalegają;) jak sobie przypomnę, że Księżniczka od kilku lat zaiwaniała tam boso, a pies kopał sobie swobodnie dziury - krew mi się ścina...

piątek, 15 maja 2015

"W chacie duszno, w chacie nudno..."

Ach! Wszystko prawda, oto zatem, co mi gra dziś w duszy! Skończę to, co skończyć muszę, klasnę w dłonie, włożę "wieniec z rokiciny" i dalej... A choć śpiewać nie potrafię za nic, na szczęście są na świecie tacy, którym to wychodzi;) Słowa - Konopnicka Marysia - niedoceniana i niepoznana, a szkoda, bo laska z jajami była;)
No powiedzcie, czy to nie wspaniała pieśń? W ogóle bardzo lubię Niewiadomskiego;)
PS. Przyszły kuriery z pnączami, żywopłot, truskaweczki pnące i cuda-wianeczki inne;) Zimno. Boso dzisiaj odpada;) Ale za to "w własnej bieli" - bardzo proszę;)



Pod tumanem przez dzień cały
Latawica w jarach leży;
Nocą tańczy, nocą śpiewa
I rozkwita, jak kwiat świeży.
Na zroszonej tańczy trawie,
Wabi śmiechem i pustotą,
A nad głową w ręku trzyma
Brzękające z tęcz rzeszoto…
Latawica lnu nie sieje,
Lnu nie sieje, lnu nie przędzie,
Tylko w własnej chodzi bieli,
Jak po łące te łabędzie.


wtorek, 12 maja 2015

Naznaczone...

O tym, że ja jestem naznaczona - wiem. Ale żeby moje dziecko? A jednak.

- Mamo, mogę wziąć te cegły do zabawy? Chcę sobie zbudować przeszkodę na wyścigi... Juhuuu, mogę, mogę!!!....

Może:


Może:


Może ona ten remont dokończy;)
PS. "Mamo, a jak przyjedzie następny transport cegieł, będę mogła sobie wziąć trochę więcej?" Będzie mogła, co tam;)

poniedziałek, 11 maja 2015

Kretowata była wczoraj u...

Hany, naturalmente;)))
Gdakałam jak najęta!!! Dziwne, że Gospodarze to przeżyli;)
Napasiono mnie pysznymi warzywami z pieca, plotkowałyśmy o blogowaniu i nie tylko, a skończyło się tak, że Ogniomistrz miast zasiąść do pracy (odgrażał się co chwila, że już musi iść;) został, a my wróciłyśmy tak późno do domu, że Księżniczka poszła prosto spać;) Jak ja lubię do Nich jechać;) Ale zapomniałam mnóstwa ogrodniczych rzeczy, więc Hana musi do mnie zawitać teraz - akurat odbierze sobie ceratkę;)
Zanim zniknę w mieście, wrzucam jedno - dość nieudane zdjęcie - na dowód;) Zrobione na cito przed samym wyjazdem, bo kto by tam robił zdjęcia w czasie spotkania na szczycie;)

Pozdrawiamy;)