Popularne posty

środa, 27 lipca 2016

"Przed starszą nie wychodź";)

Kto nie był czołową zastępu złożonego z dziesięciolatek i ich niewyżytych kucyków, ten nie wie nic o życiu... Ja sama w tej błogiej nieświadomości spędziłam lat prawie czterdzieści. Miło jest zatem sobie żyć i nie wiedzieć, że może być taka praca jak czołowanie zastępowi dziesięciolatek na ich niewyżytych kucykach - powtarzam się?;)
Zatem zaczęło się tydzień temu. Niewinnie. Choć - podprogowo;) "Chcesz Dżina? Chcesz być czołową?" Nie powiem nigdy "nie" na żadne z tych pytań;) Zaszczyt za zaszczytem.
A zatem proszę sobie wyobrazić: Kret na ukochanym Dżinie, a na ogonie trzy, a dziś tylko jedna - kucykówna;)
Dżin Kreta kocha - nie poganiam, nie batożę, oboje się obijamy, mamy frajdę, niekiedy wręcz się aż nudzimy, a czasami przysypiamy w siodle, co zostało kidyśtam niedawno w brutalny sposób zdemaskowane, co ja nazywam "nieudaną próbą wyłudzenia flaszki";)
A zatem czołowanie - czyli prowadzenie zastępu jeźdźców/amazonek, wykonywanie wszystkiego wzorowo, na komendę, w tempie i na czysto. Do tego - odpowiedzialność - na ogonie dzieci, często pierwszy/drugi raz na koniu... Ufff... Ale, jak mawiał Św. Augustyn, dobry nauczyciel potrafi nauczyć nawet tego, czego sam nie umie - a jak wiadomo jestem nauczycielem totalnym i doskonałym, więc z jęzorem na plecach wykonałam zadanie;)
Tylko... Dżin miał bardzo głupią minę, gdy musiał kłusować jak nigdy pode mną, bo co tylko dałam mu odsapnąć - patataj, patataj, patataj - kątem oka widziałam, jak wyprzedzają mnie już moje zastępowe kucyki;) No nie ma zmiłuj. Gdy w końcu ostatecznie było "do zsiadania i z koni", Dżin odwrócił się i spojrzał na mnie tak, że do końca życia zapamiętam;) Ten wzrok był tyleż pytający ("Co ci się, babo, do cholery dzisiaj stało???"), co oszołomiony (Pacz, kurna, zapitalam, jak chcesz").
W efekcie tydzień temu czułam bardzo wyraźnie przywodziciele uda - dawno tak wyraźnie ich nie czułam;) Ale - dzisiaj się dowiedziałam, że moje "kucykówny" też czuły, tylko jeszcze nie wiedziały, że te mięśnie się tak wspaniale nazywają;) Oto przewaga doświadczenia nad młodością.
Frajda podwójna, potrójna, poczwórna;) Frajda i już. Dzisiaj po galopie (w prawo nam szło, w lewo gorzej), Dżin złapał takie tempo, że zgubiłam prawie "ogonek";) To źle. Odpowiedzialna czołowa czuwa nad "ogonkami". Do tego - są i luksusy: "zastęp ma pierwszeństwo na śladzie", "uważajcie na zastęp", "teraz zastęp jedzie drągi". I cudowne: "czołowa gazu, bo cię kucyki wyprzedzą", "czołowa, zostawiłaś ogonek", "czołowa do galopu" etc.
Do tego dzisiaj - lało. Z kasku kapało mi rytmicznie, bryczesy przyklejone, Dżin - schłodzony. Pytam się "ogonka", co mu zmokło - "wszystko" - pada rezolutna odpowiedź z szetlanda, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby zsiadać i iść na halę;) Mokre konie tak pięknie pachną;)
PS. Post dedykuję Dezorowi, który telefonicznie nakazał mi "kategorycznie ograniczyć wątek koński". Ograniczyłam. O koniach mogę dużo dłużej;)
No i nie ma na zdjęciu ANI JEDNEGO;))


Ponadto - w sprawie pytań o witrynkę, bo to witrynka sosnowa (staż w stodole - 4 lata) - przechodzi obecnie małą metamorfozę i gdy tylko dojadą stosowne akcesoria, będzie po transformacji wtaszczona na górę - do mojego fyrtla, naturalment;) - choć nie powiem, są inni chętni... Kruczek na szczęście pilnuje mi dobytku;)
Stan na wczoraj i dzisiaj:



Chwilowo służy jako suszarka na mokre bryczesy;) U czołowej w fyrtlu ciężka służba ją czeka;)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Góra;) foty strychowe - robocze jednak;)

Hana dała już cynka na temat skończenia "góry". To duże słowo. Pięć lat - każda zaoszczędzona złotówka, każda wolna godzina moja, mojego Taty (bez którego nie byłoby nic), jego kolegi A.  - wiele wspaniałych, roboczych weekendów, długich weekendów, drugich świąt, etc. I już PRAWIE jest. Na szczęście nie jestem "perfekcyjną panią domu" i wystarczy mi to, że jest w ogóle, że mogę tak jak teraz siedzieć przy własnym biurku (które mam po raz pierwszy od 20 lat!!!) w staniku a'la Dita!!! - i pisać sobie;)
Narożnik biały:

Narożnik zielony:

Mam narożne, gigantyczne biurko - jak to mówi pełen ironii Książę Małżonek: "Tu poezja, tam proza, tu eseje, tam powieść" - mam nawet fotel na kółkach, żeby te cztery sfery opędzić;)
Fotel dziecięcy. Chciałam z tych "prezesowskich", ale -  przy maksymalnie opuszczonym siedzisku zawsze i tak majtały mi nogi;))) Oj, oj - prezesi są też i mniejsi, drodzy konstruktorzy - a nawet - im mniejsi, tym lepsi;)
Mój fotel ma swoją historię - kupiony prze moją Mamę dla mnie, na imieniny, kilka łaaaaadnych lat temu. Okropny, pretensjonalny, ciężki jak cholera holender. Dlaczego? Pokochał go mój kręgosłup. Nie ma dla mnie wygodniejszego mebla;) Od pewnego czasu meble, samochody i konie wybiera mi rdzeń kręgowy;)
Co z tego, kiedy obecnie - po liftingu - pokochał go Mruczysław... Nie mam szans w wyścigu ze zwierzętami;) Mogę sobie tylko popatrzeć;)
Tym razem - na fotelu - prezenty od Hany i Ognio:



Meblowanie trwa, w stodole, aż gęsto od "napoczętych" prodżektów, żeby nie było, że tylko ajkija;)



Kolejka jest jeszcze długa.



A w szkle - tym razem dobrze schłodzone pinot grigio. I taki widok z brudnego okna:



Nie - już właśnie taki:


Żniwa. Co dla mnie oznacza początek kolejnego, ważnego przedsięwzięcia budowlanego;) Nie masz, nie masz chwili, ani Maryli;)))
Jutro badania kontrolne Mruczego - oby wszystko grało;) I mruczało.
Idziemy na lody, Kruczek - idziesz?


Idzie. Gdzie ja, tam on;) My hero;)
Pozdrowienia z wieży! Zwłaszcza dla motocyklistów;) Od Kreta z wiadomą blizną i zawsze tą samą Ojczyzną;) Parapetówa będzie taka, że się gmina przez kilka lat nie ocząśnie;) O Książęcym fyrtlu - ani słowa - utajnione;)

sobota, 23 lipca 2016

Wizyta na wysokim szczeblu;)

Dzisiaj po południu.
Była sama Prezes Kura z Ogniomistrzem.
Za krótko. Stanowczo.
Reszta, jak zawsze. Super.
Bardzo dziękujemy. Co tu pisać?;)
Popołudnie mignęło tak szybko jak retsina i różowe, co było w kolorze Bordeaux;) A jak retsina, to i Hezjod, a jak Hezjod, to tuż po Waszym wyjeździe zaczęli kosić obok nas;) A po koszeniu - wiadomo... Po lecie...
Tylko te cholery muchy... Jak w Wolbórce Reymontowej - nie dawały żyć...
Sorry za te muchi, co to je w te paluchi;)))
PS. Żadna z nas nie zrobiła złamanego zdjęcia;)

piątek, 22 lipca 2016

Kiedy pani ostatnio...?

Czy tylko ja tak mam, że napotkani ludzie zadają mi wciąż właściwie to samo pytanie - oto próbka, ale zapewne każdy będzie miał własne propozycje:
Każde pytanie zaczyna się od: Kiedy pani ostatnio...???

1. zmieniała olej?
2. robiła badanie krwi?
3. tyle kłusowała?
4. rozmrażała zamrażarkę?
5. szczepiła się na tężec?
6. odpchlała psa/kota?
7. zmieniała worek w odkurzaczu?
8. była u dentysty?
9. myła samochód?
10. wyjechała na wakacje?
11. rozmawiała na temat polisy na życie?
12. myślała o swojej emeryturze?
13. była z dzieckiem u kontroli?
14. zmieniała wycieraczki?
15. czyściła filtr w zmywarce?
16. opróżniała szambo?
17. malowała płot?
18. zmieniała baterie w latarce?
19. odgrzybiała klimatyzację?

No kiedy????? A kiedy pani miała ostatnio czas na nicnierobienie przez pół godziny chociaż??? - o to, kurna, nie pyta nikt!

niedziela, 17 lipca 2016

Kupą, Mości Panowie!

Kupą! No i zwaliliśmy się kupą;) A i tak nie wszyscy;) Oto bowiem komuś stolicznemu, a nie całkiem młodemu już, zachciało się katorżniczej pracy. I w jej efekcie mamy drzewo genealogiczne na całą ścianę;), i drugie mniejsze - tylko naszej gałęzi;) I obwieszczono wici, i zwołano zjazd - pierwszy! Ale jaki;) Było cudownie!
Nie wszystkich cieszy znaleziona dopiero co rodzina, a mnie bardzo! Bo super-fajna! Było wesoło, było do późna, było o wszystkim, a zwłaszcza - o koniach;) Bo znalazł się oto i kuzyn hodowca;) A ja w pełni podzielam jego miłość do srokaczy z rybim okiem;)  I kuzyn historyk, i kuzyn jajcarz, i kuzyni-bliźniacy, i kuzynki zagraniczne, i kuzyn żołnierz;) I wiecie co? Dowiedziałam się w wielkim zdziwieniu, żem herbowa po mieczu i na domiar wszystkiego z krakowskiego! Czyż może być piękniej? Nie może.
A przodków mam tęgich - i w literaturze, i w służbie. Pisarze, mościmbdzieju, księża, żołnierze, sprawiedliwi wśród narodów, matki 11 dzieci, organiści, dzierżawcy, nauczyciele... etc.
Kurczę no - wzruszyłam się nie na żarty. A jeden to pieszo szedł stolicy bronić we wrześniu '39 - nie zdążył dojść... A inna jako sanitariuszka poległa w powstaniu, miała 21 lat... Biżuteria rodowa poszła na wykupienie jednego z naszych, z więzienia UB. Inny wyjechał do Ameryki, słuch po nim zaginął, A inna jeszcze - została mimo wszystko, przędła, tkała, haftowała, modliła się pokornie, wychowała trzech synów - moja Babcia. I wczoraj właśnie dowiedziałam się, że torebka, którą od niej dostałam, jest z bardzo znanej, szanowanej firmy warszawskiej, która należała do jej stryja. A jej mąż - weteran kampanii wrześniowej, był pewnie szalenie zadowolony w niebiesiech, gdy przy jego grobie wczoraj stanęła warta honorowa - nie ma to tamto - pięcioro lotników pod bronią (bo była i żołnierka)! Była stosowna msza, odsłonięcie tablic, złożenie kwiatów, toasty i dużo, dużo radości ze spotkania!
Balowaliśmy jak na weselu;)
Księżniczka ma zakwasy od tańca z wujkami i kuzynostwem. Ja żałuję tylko jednego - że nie spróbowałam ani jednej z oferowanych przez wujka H. nalewek ( a było ich z tuzin!). Ale taki już los kierowcy...
Ale napatrzyłam się do woli na tańce pewnego zespołu, który - jakże by inaczej - prowadzi jeden z naszych;)



Podobnie jak orkiestry dęte etc. Kurcze - czas zacząć się gry uczyć na jakowymś instrumencie;) Geny mam - reszta przyjdzie z czasem;)
Inicjatywa ma być cykliczna;) Oby - bo na następny zjazd rodzinny zapisuję się już dzisiaj;)
A to już mój osobisty chrzestny - bo są i artyści;))


Bywajcie!

czwartek, 14 lipca 2016

Akcja po akcji, a obie grube;)

Problem z zielenią "gabinetową" dało się spacyfikować stosunkowo szybko. Idąc za radą Księżniczki: "Mamo, nie możesz pozwalać tacie wybierać kolorów, sama musisz to zrobić" - w poniedziałek rano pojechałam do powiatu, tam w markecie budowlanym pracuje moja koleżanka, więc się zna. Ona wręczyła mi dwie puszki farby - i już. Wieczorem było po sprawie. Nie chciałam rezygnować z zieleni, teraz jest bardzo przyjemna. Użyję jej nawet trochę "u siebie".

Można było więc przejść do zakładania grzejników i podłączania ogrzewania na górze. Grzejniki kupiliśmy w lutym, cierpliwie czekały na montaż. We wtorek zostały podłączone specjalnymi rurkami do obiegu, a ja i Tata lutowaliśmy cierpliwe całe popołudnie. Po złożeniu wszystkiego i zalutowaniu, odkręciliśmy delikatnie wodę, żeby napełnić kaloryfery. Chcieliśmy w końcu coś zjeść, więc odkręciliśmy na dole odpowietrznik, żeby wiedzieć, kiedy się przeleje i iść na górę. Gdy na dole zaczęło kapać, dokręciliśmy, wchodzimy na górę, a tam -

AKCJA NR 1

wszystko pływa, a z dna grzejników woda wali z siłą wodospadu, w czterech miejscach naraz! Płyty, podłoga, narzędzia, wszystko zalane! Przybyliśmy o minutę za późno. Zresztą, nawet gdybyśmy pilnowali tego na górze i tak nie byłoby szans - leciało naraz czterema dziurami ze spodu nowiutkich grzejników! Ki czort??? Akcja ratunkowa była szybka i wbrew pozorom dobrze nam poszło - ja rzuciłam się najpierw odciąć prąd, bo w kuchni już kapało po lampie z sufitu, Księżniczka naznosiła na górę wszystkich możliwych ręczników, pościeli, ścierek etc., Tata zakręcił wodę. Niestety. Sufity w kuchni i łazience do malowania, dobrze, że nie odpadł tynk...  Wszystkie ręczniki mokre i brudne, narzędzia zalane, opanowaliśmy sytuację po kilku minutach i zabraliśmy się za te cholerne grzejniki - z czego tam się lało???
Ano z - UWAGA - plastikowych koreczków włożonych na kształt zaślepki w dno grzejnika, które miały całkiem spore dziurki (!!!) - a wszystko było zamalowane na biało i konia z rzędem temu, kto spodziewałby się takiego podstępu!


Była za 10 piąta. nasz instalacyjny do piątej otwarty - jak stałam, mokra i brudna, pojechałam natychmiast po stosowne ocynkowane korki, bez dziur i do uszczelnienia pakułami. Facet za ladą o mało się nie przewrócił! - nie słyszał NIGDY o czymś takim! Żadnego ostrzeżenia, strzałki, uwagi w instrukcji czy czerwonej naklejki - niczego!



Przywiozłam korki, zatkaliśmy te dziury. Poszliśmy się uspokoić na taras i na herbatę.

Po herbacie, czas podjąć drugą próbę. Już i tak wszędzie kapało na dole, sufity nabrały wielokolorowych zaciekowych plam, szmaty lekko przeschły.

Tym razem nikt  się nie ruszał od grzejników. Tata przytomnie przyniósł szmaty z tarasu - na wszelki wypadek, Księżniczka zabrała jeszcze miskę, tknięta jakimś przeczuciem. Napełniamy.

AKCJA NR 2

Woda bulgocze, podchodzi już do naczynia wyrównawczego, obok którego stoję. Obserwujemy nasze polutowane rurki i dna grzejników. Nigdzie nic. Ok, mówimy, idziemy napalić w piecu, trzeba wypróbować na ciepło. Ale - zdawało mi się, że coś kapnęło z naczynia wyrównawczego. "Niemożliwe" - mówi Tata - "tu mogło, tu mogło, tu - ale nie tu, przecież gdzie? ze środka naczynia by kapało?". "No raczej tak, tu kapnęło" - zdążyłam powiedzieć, gdy nagle - z samego środka 30-litrowej bańki srujnął w dół czarny potok! Oniemieliśmy. Tego żeśmy się nie spodziewali! Naczynie przerdzewiało. Dziura spora. Stanęłam i dłońmi zakryłam otwór, Księżniczka przytomnie podała miskę, Tata pobiegł do kotłowni po wiadro - resztę spuściliśmy już bezpiecznie. Szmaty przydały się znowu. Tym razem akcja była szybsza, skutki dużo mniej opłakane - jedynie komin do malowania od nowa, bo cały zabryzgany na czorno! A tak uważaliśmy przy lutowaniu, żeby go nie pobrudzić!
No i trzeba kupić nowe naczynie wyrównawcze. Po pięciu latach! U moich rodziców naczynie ma lat 43 i trzyma się idealnie, tfu, tfu, na psa urok... Nie, że gdzieś na spawie puściło i kapało... Nie - poszło o tak!



Po tym wszystkim wrócił Książę Małżonek, który na 3 godziny tylko wybył do miasta. "Zostawić was na chwilę nie można"! - skomentował.

Szczęściem w nieszczęściu jest to, że oba te wydarzenia miały miejsce teraz i pod względną kontrolą. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby te zasrane korki wytrzymały próbę, a strzeliły dopiero jesienią, to samo dotyczy naczynia wyrównawczego, po którym nikt nie spodziewałby się takiego numeru. Poza tym - póki co nie mamy centralnego i nie wiemy, jak nasza instalacja chodzi na ciepło... Za to mamy na pewno dwa sufity do zrobienia, komin do malowania, podłogi do suszenia, szmaty do prania i kilka stów w plecy.
Ale - co trzeba koniecznie podkreślić - nasze lutowania wytrzymały;) Zawiodła myśl techniczna tzw. "inżynierów". O losie...


sobota, 9 lipca 2016

Cała prawda o naszej rodzinie;)

Poddasze wchodzi w fazę "urządzania się". Przestrzeń nie będzie dzielona, ale mimo to podział będzie widać gołym okiem.
W moim fyrtlu - biel, długie przestrzenie białych blatów, słońce, kilka lamp kreślarskich, krzesło na kółkach, tu komp, tam maszyna do szycia, ówdzie majsterkowanie, a między tym wszystkim robota codzienna moja - rozłożona, rozpostarta wokół - i nie będę musiała jej sprzątać, bo cośtam ktośtam - takiego luksusu nie zaznałam od matury;) Na samą myśl dostaję dreszczy, które rozkosznymi falami przepływają przez plecy... Ach... już niedługo;) W poniedziałek przyjedzie mój fotel, zakupiony wieki temu, jeszcze w mieście, zostanie podmalowany, obity na nowo - w angielskie róże i będę w nim godzinami czytać w spokoju niezmąconym, tylko Hegla, Hoene-Wrońskiego i samego Platona! A co!
Nareszcie też TO znalazło swoje miejsce;) Hana - pamiętasz?


Fyrtel Księcia Małżonka ma być zgoła inny - gabinetowy, z ciemną zielenią na ścianach, antycznym biureczkiem, zieloną lampką rodem z czytelni i stosownym fotelem (który już 8 razy sklejałam i zawsze się rozłazi). Przyznam się - kuszące. Ale - moja myśl potrzebuje lekkości i światła, żywi się słońcem, pracuje rano - nie dla mnie ciemne klitki, choćby i stylowe. A moja wielofunkcyjność nie zmieści się na żadnym antyku - potrzebuje metrów kwadratowych stołu - no sorry...
Babcia Księcia Małżonka wspominała, że gdy ich miasto wyzwalała wiadoma armia, jeden z "szanownych wyzwolicieli" zaniósł do zegarmistrza duży zegar kominkowy i chciał, żeby zegarmistrz mu z tego zrobił dwa mniejsze "czasy". Z zegarami nie wyjdzie - ale z regałem z pewnego sklepu na "i" - owszem;) Trzy razy przemalowywany, dał się rozłożyć, przemalować i pociąć;) Teraz mam dwa, pod wymiar skosów w moim fyrtlu.


U Księcia Małżonka żadnych takich - ciężka artyleria raczej, przy akompaniamencie głębokiej zieleni... Hm... No właśnie...
Książę sam wybrał kolor - jakiś  ciemno-wiosenno-szczypiorkowo-cośtam... Położyłam pierwszą warstwę - nie jest dobrze. Zamiast zieleni gabinetowej, statecznej i lekko szmaragdowej, jest - no - jakby sraczka po szpinaku... Nie jest dobrze, a jutro, w dziennym świetle - będzie gorzej. Planuję więc wstać ze słońcem, żeby położyć drugą warstwę... Ale czy to pomoże? Głupio jest mieć sraczkowaty gabinet, zwłaszcza zastawiony antykami;) Kurczę flak. A było mnie posłuchać i pozostać przy bieli... Zdjęcie nie oddaje w ogóle tego odcienia, przy którym sraczka rolety to pikuś...



Dzisiaj Księżniczka stwierdziła: "Mam dziwną i niecodzienną rodzinę - mama kładzie na przykład książki i papiery do suszarki do naczyń! Co powiedziałaby na to mama mojej koleżanki!" No właśnie! Lepiej nie mówić;)! A ciekawa byłaby również reakcja na sraczkowaty gabinet tatulka;) Jako główny wykonawca - boję się poranka;) Ale - lojalnie - zanim położyłam, 100 razy zapytałam i nagrałam film ze zgodą wyrażoną stanowczo;) Wygram w każdym sądzie;) Malując, cierpiałam - tyle trudu w stawianiu tych ścian i szpachlowaniu etc... a teraz... ech... Do jutra zatem!