Popularne posty

piątek, 31 lipca 2015

Lawendowe żniwa

W tym roku jakoś tak lawendowo się zrobiło... Lawendowe nasadzenia, Lawendowe Psy;))) Lawendową książkę mi ktoś zrzucił (ale kiepska, nie czytajcie;)
Lepiej... zrobić "lawendowe żniwa";)
W kuchni już się suszą fioletowe pęczki, a pojedyncze kwiatki, odpadając, wpadają do tygielka z kawą;) Lawendowa kawa??? Takie rzeczy tylko u Kretowatej;)))


A wiecie, jak bossko pachnie???


I pomyśleć, że to wszystko z dwóch krzaczków;)))

Dlaczego moje dziecko nie może mieszkać w bloku?;)

Jest kilkaset powodów co najmniej. Ja sama cierpiałam w blokowiskach poznańskich przez 15 lat. Gdy w końcu wyniosłam się na wieś zwyczaj przyciszania głosu, gdy wchodziłam po coś do łazienki, a akurat rozmawiałam, utrzymał się przez ponad rok...
Księżniczka została przeflancowana w takim wieku, że nie pamięta już restrykcji, jakim poddawana była w mieście: "Nie skacz." Nie tup." "Nie biegaj" etc. Do tego - Księżniczka jest "sową", po tatusiu. Gdy są wakacje, już po tygodniu wchodzą oboje w naturalny rytm nietoperza - kładą się spać o trzeciej, wstają w południe. I nie gadajcie mi o higienie i przyzwyczajeniu - to jest dla nich normalne i szlus. W roku szkolnym Księżniczka co prawda wstanie na ósmą, ale odzyskuje świadomość koło 11-tej;) Nocne życie w mej chatynie zatem kwitnie, a być jedynym skowronkiem w tej bandzie nie jest łatwo;)
W te wakacje spaliśmy w wielopiętrowym hotelu - tylko jedną noc, ale wystarczyło, by przekonać się, że nasze dziecko jest totalnie "wsiowe" i nie mogłoby już zamieszkać komuś nad głową;)

Oto kilka powodów:
1. Wczoraj Księżniczka zobaczyła piękny księżyc, było już po dziesiątej w nocy, ale towarzystwo u sąsiadów jeszcze nie spało, więc dzieciaki siadły razem na płocie i... wyły do księżyca. Dobre 20 minut. Wyły elegancko, tak, że "rozwyły" psy we wsi;) A potem powiedziałam im, żeby nie wyły, bo przyjdą do nich prawdziwe wilki z lasu, bo taki księżyc i w ogóle - i - tak się zaczęły "trząść ze strachu", że pospadały;)))
2. Bieganie w drewniakach po chałupie za psem jest na porządku dziennym.
3. Kto powiedział, że rano trzeba najpierw myć zęby. Najpierw pędzi się na podwyrek.
4. Festiwal "piosenki zmyślankowej" odbywa się zwykle koło północy.
5. Próba biegania boso w parku poznańskim skończyła się wywrotką na psiej minie poślizgowej i myciem nóg na cito. Księżniczka sfrustrowana zapytała mnie wtedy: "To gdzie te dzieci z miasta biegają boso?"
6. W rzeczonym hotelu nie mogła zasnąć przez pół nocy, gdyż "ktoś chodził nad nami". No chodził.
7. W rzeczonym hotelu nikt nie spał pewnie poniżej naszego pokoju, bo Księżniczka nie "wstaje" z łóżka, tylko robi odwieczny, zwyczajowy "skok na bombę";) Recepcja dzwoniła dwukrotnie.
8. Nie wspomnę już o ujeżdżaniu konia na biegunach w taki sposób, by się przemieszczał po chacie - to wymaga specjalnej techniki. Głośnej raczej.
9. "Mamo, pacz, jak teraz skaczę". Bez komentarza.
10. "Mamo, kto głośniej zrobi enszantinks?" Ona zwykle głośniej robi enszantinks.
Jak widać, dziecko już wyparło traumę. Nie ma nawyku samokontroli. I - kruca fuks - bardzo dobrze!

wtorek, 28 lipca 2015

Mamy letnika;)))

I wcale nie chodzi o to, że zjechał do nas G. albo inna Sis;) Mamy letnika we wsi;) Tak grupowo. Jednego. Tego od fiuta.
Kto nie w temacie - więcej info tu:

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2015/07/co-i-dlaczego-mnie-w-zyciu-omija-nie.html

Gdy w końcu doczłapałam się do sąsiadów, dowiedziałam się kilku rzeczy.
Po pierwsze: gościu jest admiratorem napojów wyskokowych. Po drugie: ma za sobą niezbyt chlubną przeszłość. Po trzecie: jest nawet skoligacony z naszą wsią pod wieloma względami (zresztą jak każdy tutaj).
Pochodzi z sąsiedniej wioski i całymi dniami przesiaduje pod naszym sklepem, skutecznie obniżając obroty tegoż - jakże potrzebnego - przybytku. Dziecioki boją się podjechać po lody, kobity po zakupy wysyłają chłopów, tamtyn ich zaczepio - zaś dzwunium po ochrone - szarpanka, nic z tego nie wynika. Gościu jak koczował na ławce pod sklepem, tak koczuje.
Nie ma w tym niby niczego takiego znowu - wielu takich mamy, ale ten jest specyficzny. Dość powiedzieć, że został już przegnany sprzed innych sklepów, nasz mu został, a choć musi do niego dojeżdżać, sumiennie czyni to każdego ranka, zupełnie jakby dojeżdżał do pracy.
Nic jednak z tych rzeczy.
Jak powiedział patrolowi, który został wezwany na interwencję: "Ja tu jestem na wakacjach. Niektórzy jadą sobie nad morze, inni w góry, a ja spędzam wakacje tu, przed tym sklepem i co mi zrobicie???"
No i nic nie zrobili, Bo generalnie nie mają paragrafu na takiego "letnika". Dopóki coś się poważniejszego nie wydarzy, nic mu nie zrobią, a i potem niepewna jest penalizacja;)
Dzieci więc omijają sklep dalekim łukiem, kobity jeżdżą do sklepu do sąsiednich wiosek, a chłopy przywożą zaopatrzenie traktorami albo i kombajnem przy okazji, wracając z pól. Pod sklepem pusto i - jak nigdy - nic się nie dzieje....
Można powiedzieć, że przynajmniej sprzedawczyni ma spokój... Ale nie, bo oto podobno istny "letnik" się w niej właśnie zakochał - a kto mu zabroni mieć wakacyjną miłość???
I tego, kochani, właśnie należy jej współczuć...

niedziela, 26 lipca 2015

"Portal a'la Kret"

Zmiany i moje pomysły robią we wsi furorę, tym bardziej, że nie widać ich nic a nic z drogi;) Jedynie prospekt idealny ma Sąsiadka, reszta świata - wprasza się, żeby zobaczyć;) Tak jak wczoraj Mój Ulubiony Sąsiad - choć mówiłam, że będzie parapetówa, kiedy taras skończę - wczoraj wieczorem przyniósł po piwku i koniecznie "robi otwarcie";)
No to zrobiliśmy wstępną, próbną parapetówkę;) Choć antybiotyki biorę i w piwie nie partycypowałam;)
Najbardziej zachwycił go portal - moja chałupa dostała nową elewację, a wraz z nią - wejście a'la wczesny styl romański, Książę Małżonek twierdzi, że "bardzo wczesnoromański" - musiał powstać jeszcze przed wynalezieniem liniału i kątownika;))) Ha, ha, ha - u mnie w domu nie ma nic prostego - gdybym narysowała kratkę od linijki wyglądałaby dziwnie, a tak - pasuje jak ulał.
Cała w stylu "inorycznym", a "inoria" to mój żywioł przecież;)
Poza tym - u mnie w domu to ja mówię, kiedy jest prosto - "teraz jest prosto" i szlus;)
Całość metamorfozy zajęła dwa - słownie "dwa" dni w końcu czerwca jeszcze;) To się nazywa "remont generalny pędzlem" (trochę szpachli też poszło) - i Wasze ulubione foty z cyklu "przed" i "po":


Kruczek, jak zwykle,  u wrót;) Tak było jeszcze w maju.

Tym razem Kruk musiał się zagapić przy płocie:


Do pełni szczęścia brakuje jeszcze płytek na okapach parapetów, ale to może kiedy indziej;) Za to rynnę mam ochotę skończyć malować w tym sezonie;)))
PS. Torba nie przynależy do "looku" - torba się suszy po praniu, bo się Księciu Małżonkowi kwaśne mleko wylało;)
PS2. Tomaszewska mnie właśnie opierniczyła, że za rzadko piszę na blogu - melduję gotowość poprawy;)

środa, 22 lipca 2015

Letnie życie takie szybkie...

Letnie życie jest takie łatwe... Nie trzeba tylu robić rzeczy - palić w piecu, wynosić popiołu, przynosić drewna, martwić się o opał...Wszystko kwitnie, rośnie, cieszy oczy.... Ale lato ma też swoje minusy. Poza tym, że jest gorąco, rany nie chcą się goić, a wręcz ulegają zakażeniu i trzeba często odwiedzać chirurgów, występują również burze, które sieją zniszczenie, odbierają łączność ze światem i niepokoją nam gości... Ale po kolei.
W niedzielę nawiedzili nas Dezorowie;)))) Rany Julek, jak było fajnie! Dezory na motorze!!! Motór - cud maszyna! Waży jakieś 250 kilo!!! Nie wiem, ile to ma koni, ale wszystkie siwe, umaszczone przednio, wyszczotkowane, grzywa zapleciona, na ogonie stosowne sakwy;))) W sakwach - róże okrywowe!!! Tak to tylko Dezory potrafią uszczęśliwić człowieka;) Jeszcze nie posadziłam, bo zastanawia mnie - gdzie??? Festiwal pomysłów trwa;)


Do tego Dezor w ramach szkolenia dla motocyklistów (potencjalnych) zaprezentował mi fachową odzież ochronną w wielu wariantach i uzmysłowił krótko na ile sposobów mogłam się zabić;)
Poza tym była wtedy burza, jakiej nie pamiętamy odkąd tu mieszkamy! I oczywiście - wyłączyli prąd! Jak w niedzielę po południu wyłączyli, tak włączyli dobę później, lecz to nie rekord, bo po drugiej stronie drogi prądu nie mieli jeszcze wczoraj wieczorem i nie wiem, czy mają dzisiaj. Swoją komórkę podładowałam sobie w poradni chirurgicznej w poniedziałek rano;)
Burza zabiła nam octowca w ogrodzie, którego tak bardzo lubiliśmy, bo pięknie wyrósł i cieszył oczy, zwłaszcza na jesieni, a poza tym było to drzewko Księżniczki - płakała, bidula;) Ale  - no cóż, w ogrodzie nic nie jest na zawsze...


Dobrze, że nie zabrało nam dachu, bo kilka fragmentów gzymsu poleciało na chodnik... Lipy też strzymały. Ale na drogach - pełno wiatrołomów, a pod Miłosławiem zupełnie ciężko - duże straty i zniszczenia spore. Nam się kolejny raz udało. Chałupa wytrzymała, Dezora motór przeżył, Ogródek podlało co się zowie...
Co to za lato? Co to za pogoda na żniwa? Jak było ciepło - zboże jeszcze nie dojrzało, teraz znowu pada, mokro - kombajnem nie wjadą, zboże się kładzie - ciężko na to patrzeć.
Moje gumno - z braku sprawnej kosiarki i sprawnej operatorki tejże - zarosło ze szczętem, już było po kolana! Zawezwałam na pomoc Tatę. Kosiarki naprawić nie mogłam do końca - raz, że nogi chore, dwa, że brakło mi pomysłu. Spuściłam więc z niej płyny (kosiarki spalinowe bardzo wrażliwe na zalanie są, nie wolno ich przechylać i obracać bez spuszczenia oleju i paliwa;), obróciłam do góry kołami i wymieniłam pasek napędowy na nowy. Ale że osłona plastikowa pogruchotała się również, nie miałam już pomysłu, jak ją posztukować, żeby dała się przykręcić. Tatulek był konieczny. Przybył wczoraj ze sprzętem ciężkim, skosił szfystko, a następnie pół dnia naprawiał kosiarkę do reszty. Na koniec - zalaliśmy płynami smoka i - odpalił;)))) Mam kosiarkę, napęd działa, osłona została wzmocniona blachą - gra muzyka;))) Nie zarosnę;))) Oby tylko noga się wreszcie goiła... Póki co "kacawszy się pomalu" nieco powycinałam chwastów spod nasadzeń.


Teraz gumno można focić;)



A wczoraj wieczorem - kolejny z serii odbierających dech w piersiach obrazków na dobranoc - szkoda, że nie można zapachu umieścić na blogu - skoszona trawa, lipy, lawenda, mokre powietrze po burzy - i takie coś za oknem:




Ludzie, ludzie - pienkne jest to letnie życie, tylko dlaczego tak szybko mija???

sobota, 18 lipca 2015

Co i dlaczego mnie w życiu omija? (nie dla dzieci)

Dzięki mojej kontuzji omija mnie wiele. Ale za to miałam przyjemność poznać sympatycznego chirurga i przemiłą obsługę Izby Przyjęć powiatowego SOR-u;) No - coś za coś;)
Ominęły mnie jednak obchody n-lecia straży w naszej wsi (oj, żal...), omija mnie koszenie - zarasta mi chałupa, omija mnie podlewanie - usycha mi gumno... A po zakupy chodzi Książę Małżonek i okazuje się, że również coś mnie omija z tego powodu;)
Dwa dni temu pono ktoś pod sklepem szarpał się z ochroną!!! - szok!!! - jak żyję nie słyszałam, aby nasz sklep miał ochroniarzy! A wczoraj...
Wczoraj Książę Małżonek przyniósł zakupy, postawił koszyk na stole w kuchni i w te słowa mówi, głosem niewzruszonym:
- A przed naszym sklepem stoi facet i pokazuje.
- Ale co pokazuje?
- Fiuta. - odpowiedział spokojnie Książę, bez cienia zdziwienia w głosie czy nadmiernej ekscytacji.
- Jak to? - ja na to - Gdzie?
- No przed sklepem.
- Komu?
- No każdemu, a głównie to koledze.
I powiedzcie sami, co to się na tej naszej wsi porobiło??? Strach. W biały dzień, Było ledwo po drugiej przecież. Takie rzeczy!!! A ja mam ZOK!!! I nie wiem ani kto, ani komu, ani dlaczego!!! Sumsiotki na razie nie widuję, Sumsiot pewno ma do tego stosunek taki, jak mój chop - a co to znaczy, że ktoś fiuta w mojej wsi pokazuje sobie przed sklepem? Na pewno już coś wiadomo. Ale głupio tak dzwonić i pytać się, kto pod sklepem fiuta pokozoł?
Dzisiaj Książę Małżonek idzie do sklepu zaś. I mówi:
- A no to idę. Może znowu coś się będzie działo...
I poszedł. A ja, kurna, zostałam...

środa, 15 lipca 2015

Wschodnie jedzenia i dlaczego połknęłam szynkę?

Zaczynam od kulinariów. W ciągu naszego przesuwania się na wschód, dało się zauważyć, że im głębiej, tym lepiej człowieka karmią;) Już od Warszawy było coraz lepiej. Poza tym Książę Małżonek to wielbiciel wszelkiej "mąki", a ja - kaszy, więc wszystko nam pasowało;) Co prawda osobiście nie wierzę, aby weganin mógł przeżyć podróż po Polsce stołując się w knajpach i przydrożnych karczmach, ale to inna bajka i nie dotyczy tylko wschodu kraju;)
Ale paradokslanie - na samym wschodzie - duży regres.
Jeśli chodzi o pierogi - najgorsze jedliśmy w Nałęczowie;))) Były to pierogi ruskie, a w farszu występowała maź ziemniaczana podkolorowana... jarzynką czy inną vegetą!!! Czegoś takiego nasze oczy nie widziały, a nozdrza nie wąchały;))) Przedostatnie miejsce zajmuje sławna w Lublinie knajpa "rzemieślnicza", w której wszystko przeznaczone do jedzenia było tak przesolone, że poddaliśmy się całą trójką;) Myślę, że to prostacki chwyt na "zamawianie więcej napojów", gdyż knajpa słynie z piw i drinkowania, ale tak prymitywne metody są już dzisiaj nie do przyjęcia;))) Najlepsze zdecydowanie były pierogi w jednym z miejsc w Kazimierzu (wcale nie tym modnym) - idealnie cienkie ciasto, pieprzny lekko farszyk, ugotowane jak trzeba i jak bez skwarków to bez skwarków (niby taki prosty komunikat, a jak trudno zrozumieć). Najbardziej lubię pytanie: "To jak bez skwarków, to z czym???"

Największy jednak szok kulinarny przeżyliśmy przy chłodniku. Po wielu pobytach w ojczyźnie chłodnika, gdzie nigdy nie znalazłam mięsa w tej zupie;) - wydawała mi się ona najbezpieczniejszym daniem wege na trasie, w dodatku prawie w każdym miejscu dostępnym i odpowiednim temperaturowo (fala upałów dawała nam w kość). Jakże się zdziwiłam, gdy zamówiwszy chłodnik w podlubelskiej knajpie, znaleźliśmy w nim - mięso;) Niby słyszałam o wersji staropolskiej z cielęciną etc., ale nigdy nie spotkałam się z nią w życiu. No i w tej cenie raczej nie mogło być mowy o cielęcinie;) Mięso okazało się spoczywać na dnie miski, podstępnie ukryte wśród rzodkiewki, pomidorów, ogórków i białej rzepy. Zanim je wykryliśmy - a stało się to niemal równocześnie, zdążyliśmy zjeść większość;) Pytamy się kelnerki, czy w tym chłodniku było mięso. I co? "Nie, nie mięso, tylko szynka!" - pada odpowiedź, a nasza Księżniczka uradowana podskakuje na kanapie i chichra się: "Rodzice połknęli szynkę! Rodzice połknęli szynkę!" No - połknęliśmy. Bez komentarza, nasza wina, bo mogliśmy zapytać przecież.
Potem, gdy Książę Małżonek zapytał o to w Lublinie, kelnerka zatoczyła się ze śmiechu i zdziwienia: "Jak to szynka w chłodniku?" A ot, zdarzyło się;)

Kuchnia mimo wszystko mało w Polsce jest regionalna. Na rynku w Kazimierzu króluje pizza i kebaby, w Lublinie to samo. Całe szczęście, że na śniadanie podano nam gryczaki w dwóch wersjach, bo ominęłoby nas to pyszne danko;) podobnie jak smażone a'la placki "racuszki" serowe.
To, co gospodynie gotują w domach nijak się ma do menu w knajpach, więc turysta - oczytany w kulinarnych wspaniałościach na stronach województwa lubelskiego na ten przykład - musi się obejść smakiem, gdyż nie ma wstępu przecież do "ludzkich" kuchni;) Za to może do woli jeść krewetki tygrysie i osiem wersji makaronu (kaneloni, spagetti, tagjatelle i co ino).
Piróg biłgorajski zatem wykonałam sobie sama, tuż po powrocie;) Bez skwarków, ma się rozumieć;)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Zapowiedź wydawnicza;)

Właśnie wróciłam z wyjazdu, który nie był daleki, ani tym bardziej zagraniczny, ale był przebogaty i pełen wrażeń, które będziemy teraz cierpliwie przeżuwać kolejny rok;) Zwłaszcza na płaszczyźnie literackiej, takim też szlakiem ruszyliśmy sobie bowiem po Polsce południowo-wschodniej;) Nie całej oczywiście, wybieraliśmy bardzo subiektywnie. Strzałeczka pod moim wyłącznym kierownictwem pyknęła prawie 1500 km;) Uprzednio sprawdzona przez MM-a, nie przysporzyła nam żadnych problemów, a przecież swoje lata ma;) Zaczynam lubić to auto;)

Przygód było co niemiara. Z każdego gatunku. Ciekawych spotkań i poznanych ludzi - równie wiele, a tego, co obejrzane prawie tyle samo, co tego, co zjedzone i wypite;)

Na koniec jednak mocnym akcentem zafundowałam sobie kontuzję - wypróbowując Jamaszkę Siska - czy zbyt szybko weszłam w zakręt, czy ten zakręt zbyt szybko się pojawił, czy wreszcie mogło zaważyć to, że pierwszy raz siedziałam na motocyklu - no różne są kombinacje i prawdopodobieństwa, dość, że było ostre hamowanie, zapach rozlanej benzyny i gleba z bliska - mam rozwalone lewe kolano, siniaka sporego (dziś już śliwkowy), lekko utykam, a podpieram się głównie nogą prawą, poparzoną przez rurę wydechową na łydzie (dziś kolor błyszcząca czerwień). Najbardziej szlag mnie trafia, że na konia nie wiadomo kiedy wsiądę, a już tak ładnie skoczyłam pierwsze drzewo w terenie! A mówiłam, że motory mnie nie ciągną! Inwalidka teraz jestem! A jak tu teraz ogród kosić? A jak rabatki tematyczne przygotowywać? A jak dokończyć malowanie rynny? Masakra. Nie ma tego złego jednak, bo mam zaległe pisanie, więc przynajmniej ( z jedną nogą na blacie) jakoś nadgonię zaległości;)

Od razu nie sposób napisać o tym wszystkim, zatem dziś post typu "zapowiedź" - o czym będą kolejne.
Zatem na pewno napiszę wkrótce o:
1. Kulinarnej przygodzie po drodze (liczyliśmy na olśnienie pierogowe - jak było, opowiem)
2. Raport o stanie dróg i naszej nawigacji (zostało wypróbowanych kilka "systemów", wszystkie nieoczywiste, będzie porównywarka)
3. Na pewno trzeba napisać o spotkaniu blogowym z Gosią i P. w Lublinie;) BTW - Gosia właśnie kupiła Siedlisko, zakłada bloga o fascynującym tytule i obiecała linka!!! Ja już widziałam foty "nabytku" i mówię Wam - będzie gruuubo;) I kolorowo;)
4. Co zastałam w obejściu po powrocie?

Od czego zacząć???

Na koniec informacja taka: nie mam telefonu - został gdzieś po drodze, zanim kurier mi dowiezie, proszę o kontakt mailowy w każdej sprawie telefonicznej;)

sobota, 11 lipca 2015

Dedykacja dla Kurnika;)

Fotka z podróży z dedykacją dla Kurencji Kurnikowych - co Wy na takie danko na obiadek?


A potem - wiadomo;)


Nic dziwnego, że w tych okolicznościach nawet my "połknęliśmy szynkę";)))
To tyle, bo mi prądu braknie;)
PS. Gosiu i P.!!! - prawie dojechaliśmy;)) Z przygodami, a jakże;)

czwartek, 2 lipca 2015

"Dusza mojej wsi"

Postanowiłam, że każda nowa rabata będzie tematyczna - "inspirowana jakoś tym, co mnie inspiruje", jak mawia Księżniczka. Była zatem rabata bankowa, a już goni ją następna. Tym razem w przedogródku.
To bardzo trudne miejsce na rabatkę - od północy, pod drzewami, wąskie, suche, miejscami zaś wilgotne i omszone, nic nie chce tam rosnąć. W tym roku egzamin zdały funkie i różanecznik. Ziemia kwaśna, mało słońca, głęboki mur od domu i płot, który nie chroni przed wysuszającym wiatrem. No kolonia karna mojego ogródka;)
Z drugiej strony - jest to przestrzeń z dawien dawna postrzegana jako reprezentacyjna. Pod oknami, przed domem, od ulicy... Każdy, kto przechodzi, zagląda do tego ogródka, zwłaszcza z perspektywy rowerzysty zaś widać wszystko jak na dłoni;) Tuż za płotem - rajki - wiadomy temat;)
No - z każdej strony ciężko. Jak ciężko zaś wiem najlepiej, bo czasami, przez uchylone okno słucham sobie komentarzy przechodzących w niedzielny poranek wiernych, całych odprasowanych i z kopertowymi tytkami, idących do kaplicy...
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że jest to teren ujeżdżany przez Kruczego najchętniej - za płotem dużo się dzieje, często-gęsto ktoś go stamtąd jeszcze drażni, a on, wiadomo, rąbie cztery rundki cwałem wokół domu w takich razach - wykopał już spory rów. Żadna roślina nie przeżyje, gdy znajdzie się na tym jego "śladzie";)
Paradoksalnie, tym razem postanowiłam, że będzie to rabata inspirowana poetycko, jako przeciwieństwo rabaty bankowej;) Z pomocą nadszedł poeta ludowy Jan Pocek (którego okolice rodzinne są mi obecnie bardzo bliskie) i jego wiersz Nocą przez wieś, szczególnie zaś jego ostatnie słowa. Wiersz bardzo udany i klimatyczny. W sumie szkoda go na inspirację dla takiej rabatki, ale - trudno - mój "inoryczny" styl odbioru, podobnie jak każdy inny, może się żywić wierszami do wypęku. Posłuchajcie dwóch ostatnich strof:

Niekiedy stoję przy niskim z chrustu płocie
i czuję - jak staję się szumnym jaworem,
brzozą bieluchną, co gwiazdy zmiata złote
z błękitu nieba na szare chłopskie pole.

I widzę, jak srebrem oblewa się ziemia,
jak mi na licach kwitną malwy i stokrotki,
jak obok mnie idzie w kształcie mego cienia
samotnie - jak i ja - dusza mojej wioski...

Dusza mojej wioski również spaceruje mi pod oknami, ale ma nieco inny kształt i tzw. "attitude";)) I jej to właśnie dedykuję następującą rabatkę:

Kształt rabaty jest wyznaczony Kruczymi trasami - nie ma tu żadnego porządku poza tym jednym;)
A to stan z wiosny tego roku, gdy powstał tzw. "klomp" - w międzyczasie było tu niezłe perzowisko, aż wstyd mi było robić tym chaszczorom foty;)