Popularne posty

wtorek, 25 sierpnia 2015

Jesienna ślizgawka otrąbiona!

W skrócie wielkim, bom zarobiona jak nigdy i chora...
Oto tak: przyniosłam zakupy, była tam oliwa - bach! na podłogę - nie ma oliwy - jest plama na podłodze, jest pies, co biega po plamie, jest stosowne przekleństwo i jest zdziwione spojrzenie Księcia Małżonka. W tej samej chwili jest sygnał pod bramą i jest Sąsiad ze skrzynką trofiejnych śliwek. I jest jeden Kret. A właściwe to już dwa, bo wyszłam z siebie i stanęłam obok!
Ten biega, ta wrzeszczy, ten się gapi, a tamten trąbi! Koniec świata.
I na to wszystko wchodzi ze spokojem Księżniczka i przemawia w te słowa, a głos jej donośny i spokojny niesie się po szklącej tafli oliwy:
-Oj, mama, wrzuć na luz! Zawsze chciałam mieć ślizgawkę w kuchni!
A ja chciałam mieć butelkę oliwy... A mam śliwki. Z drugiego trąbienia, ale niezłe;)



Idę spać. Spać. Królestwo za sen!!!! Były jakieś wakacje??? Kiedy?????

czwartek, 20 sierpnia 2015

Rok w siodle;)

Jakoś w tych dniach minął rok odkąd... no właśnie;))))
Cała drżąca wsiadłam na Dessę i... tak już zostało.

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2014/08/sowo-sie-rzeko.html

Od wielkiego zdziwienia nr 1 ("To wodze NIE SĄ do trzymania się????"), poprzez zdziwienie nr 2 ("To CZEGO mam się trzymać?") aż do zdziwienia nr 345 ("Kurczę - wolny galop jest fajniejszy niż szybki kłus") - całą drogę początkującej amazonki przebyłam w euforii, z uśmiechem, ciężko pracując na treningach i czerpiąc z tego wieeeelką przyjemność;) Co prawda jeszcze nie spadłam, ale pewnie i to nadejdzie...
Dzisiaj nie wyobrażam sobie już życia bez koni, a każdy znajomy wie, że z terminem moich jazd nie wygra nic i nikt!
Nawet MM umawia serwisowanie Strzałki zaleznie od moich jazd;) Tutaj coś dla wielbicieli koni mechanicznych:



Księżniczka powtarza w kółko tylko: "A mama to tylko te konie i konie!", Książę Małżonek już raz był pewien, że nabyłam szkapinę;)

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2014/10/jak-ksiaze-sie-niczemu-nie-dziwi.html

Nie jestem aż taką krejzolką, ale gdybym miała wolny milion czterysta pięć tysięcy euro, natychmiast odkupiłam Pepitę dla siebie;)
Zapach stajni sprawia mi dziką radochę, czapsy nie straszą już nowością, a bryczesy - hm... chciałabym jeszcze jedne, na lato;) Takie dizajnerskie, z silikonem;)
W czasie ostatniej kontuzji przekonałam się, że żeby korzystać z magicznego wpływu konia na człowieka nie trzeba koniecznie zaraz jeździć - wystarczy wejść do stajni i się poprzytulać;))) Koń jest jak wieeeeelki kot - wyciąga z człowieka całe złe emocje, wszystkie stresy, uspokaja, ładuje pozytywnie na długo, harmonizuje. Już samo to, że podchodzę do boksu i mówię: "Dżini!" - a Dżin sam podchodzi i opiera mi łeb na ręce - wystarcza;) Łajza ta bowiem wie, że nie będę go ostro poganiać, a po jeździe naładuję mu żłób marchewą czy innym jabłuszkiem;) Choć w czasie ostatnich wiatrów Dżin przypomniał sobie o swoich arabskich korzeniach i poczuł "zew pustyni", czemu dał wyraz ostro przyspieszając;))
Gdy wyjdę ze stajni Książę Małżonek nigdy nie chce mnie pocałować, bo twierdzi: "całowałaś się z koniami, a teraz chcesz ze mną" - ale to nieprawda!!! Tylko jednego całuję zawsze - tylko tego, z którego właśnie zsiadłam;)
Nagle znalazłam wokół mnóstwo koniarzy - nawet takich, z którymi od zawsze się znamy, a nigdy o tym nie było ani słowa - do teraz. Bezlitośnie komentuję wszystkie sceny z udziałem koni, które są zbyt pościemniane, by mogły być prawdziwe, podglądam aktorów, uprząż - czytam o koniach i zadaję mnóstwo pytań. ("Każdy przechodzi ten etap" - uspokaja mnie trenerka) A w niedzielne popołudnia oglądam na YT konkursy skoków lub 500. raz gapimy się z małą na Karino ("To normalne" - twierdzi szef stajni).
Sama mam na koncie już JEDEN skok!
Dla uczczenia rocznicy kroi mi się pierwszy konny rajd - jesienny las, całe dnie w siodle... Nawet nie pytam, jak wrócę zmarnowana... Cały czas mam ochotę się uszczypnąć, aby upewnić się, czy to się dzieje naprawdę...
Rok temu na plaży zobaczyłam amazonki i konie - jak bardzo im zazdrościłam, jak bardzo chciałam, a w tym roku - proszę bardzo;) Nawet z wodowaniem;)
Poznałam na jazdach wspaniałych ludzi, mam mnóstwo nastoletnich koleżanek, które bacznie śledzą mój każdy krok w stajni i bezlitośnie tępią błędy;) W końcu jestem jeszcze początkująca;) I dobrze! Niech Bóg broni bym we wszystkim była tylko zaawansowana - nuuuda.
Siodlarnia:


Miłość do koni jest podstępna i nie sposób jej się oprzeć - jak to miłość. Gdy zsiadam i odnoszę mokre siodło do siodlarni, wciąż sobie powtarzam, żeby zapamiętać te chwile. Żeby pamiętać wszystko: przesiane wrotami światło w stajni, zapach siana i rozgrzanej dachówki sączący się ze strychu, przyciszone prychanie koni, szelest przesuwanych po ściółce kopyt. Żeby pamiętać jak to jest, gdy mokry czaprak stygnie na ramieniu, gdy wędzidło obija się o biodro, a spod kasku wolno spływa na plecy strużka potu... Wtedy właśnie uświadamiam sobie, jaką, kurwa, jestem szczęściarą;) I już zawsze będę, cokolwiek się stanie...
PS. Pytanie z sali: "OK, tylko po co to kurwa?" - "Bo tak!" - odpowiada Kretowata i, odwiesiwszy sprzęt, kieruje się do wyjścia... Dobranoc.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rabatka "gajowa"

Dostałam od Gaji Jej wspaniałe liliowce!!! Kto chce zobaczyć, jakie to cuda, zapraszam tu:
http://kurnachata.blogspot.com
Przyjechały do mnie w paczce, w największy upał. Od razu namoczyłam. Przygotowanie rabatki tym razem zajęło mi nieco więcej czasu - bo upał był szalony. Liliowce moczyły się w stodole, aż w końcu zostały posadzone i obecnie wyglądają tak:


Zbliżenie:


A to znaczy, że przetrwały upały;)))) Gaji bardzo dziękuję za wieeelką pakę kwiatów!!! I dedykuję rabatkę;)
Nie wszystkim się jednak udało. Usychają mi wszystkie trzy posadzone w tym roku cyprysy:


Kolejno...
Dla kontrastu: Róże Dezorowe kwitną nieprzerwanie - dały radę upałom!!!



Wymagają odchwaszczenia - ale są w kolejce dopiero na przyszły tydzień zapisane;)
Wczoraj były burze przez całą noc prawie. Przeżyliśmy sporo strachu, ale to materiał na kolejny post.
A jutro poniedziałek... No to na nowy tydzień to, co gra teraz Kretu w duszy, uwielbiam ich bity i smyczki;)



piątek, 14 sierpnia 2015

Jak Kretowata została "klempą";)

Całkiem bezproblemowo;) W windzie. Nie widzieliście "klempy" w windzie?
A było to tak. Wróciłam już do miastowania i powiem tyle, że - odzwyczaiłam się totalnie: że tych ludzi wszędzie tylu,  że same problemy i ograniczenia na każdym kroku (dwa razy przeszłam na czerwonym, jak to "baba ze wsi";), no i że tacy nieuprzejmi;)
Wszystko zaczęło się od parkingu. jak wiadomo strefa parkingowa w Poznaniu nie należy do mojego ulubionego tematu rozmów. Nie dość, że trzeba tam wrzucać bajońskie sumy, to jeszcze - tylko w bilonie i automat musi być sprawny;))) Tego dnia dopiero trzeci kolejny RACZYŁ przyjąć moją kasę za postój - przyjął jej zresztą tyle, że już nic mi nie zostało w portfelu i - skoro niczego nie miałam, a nikt nie miał rozmienić dychy na drobne, za pewien czas musiałam przestawić auto.
Pojechałam na parking w centrum, podziemny. Ale tam - w taki upał - nie było miejsca. Pojechałam zatem do pobliskiej galerii z parkingiem i wjechałam tam na poziom -2.
Na poziomie -1 był sklep, w którym koniecznie musiałam zrobić zakupy. obleciałam najpierw cały kwartał wokół galerii, pozałatwiałam wszystko, potem zaś - chciałam iść do tegoż sklepu, ale - nie miałam już bilonu (patrz wyżej), a nikt nie chciał rozmienić dychy, więc zjechałam windą do auta, na poziomie -2 po awaryjną złotówkę "na wózek", która zwykle czeka w popielniczce Strzałki. Była.
Ze złotówką, pewna że spokojnie zrobię zakupy, wsiadłam na powrót do windy. I tu zostałam "klempą".
W windzie było małżeństwo w średnim wieku, na pierwszy (i ostatni rzut mojego oka), dość zamożne i z pretensjami. Jechali na poziom 2 (w plusie), a ja na poziom 1 (w minusie). Gdy wysiadałam już "ta pani" rzecze do "tego pana":
- Pacz, jaka klempa, jedno piętro jedzie, a my teraz tu będziemy kwitnąć, zanim drzwi się nie domkną.
"Klempa" wszystko słyszała (co było przecież do udowodnienia), ale na szczęście dla obojga małżonków "drzwi się domknęły" zadziwiąjąco szybko...

wtorek, 11 sierpnia 2015

O czym mówi ulica?

Gdy mam otwarte okno, zwłaszcza w dni, gdy czatuję przy nim na kuriera - tak jak dzisiaj - słychać prawie wszystko, o czym rozmawiają przechodnie. Po tych kilku latach umiem już rozpoznać poszczególne głosy. Albo kroki. Wiem, kto zawsze na obcasach posuwa do kościoła, kto spaceruje z wózkiem pełnym wnuków, kto jeździ regularnie z dziećmi na rowerach. Zasłyszane kwestie bywają zadziwiające, niekiedy wręcz bardzo, z drugiej strony pełno w nich prozy życia i tego, czego można się spodziewać.
Oto np. dzisiaj - siedzę przy kompie, tuż przy oknie, i kukam pod bramę, bo kurier... Jedzie dwóch rowerzystów, którzy chyba nie zarejestrowali, że skończył się już Tour de Pologne, i zasuwają dalej. Wyrowerowani, w lajkrowe gatki, na głowach fikuśne kaski w kolorze oczojebnym, pędzą;))) I jeden do drugiego w tym pędzie rzuca: "Ty, jesteśmy tero w ...?" - i tu nazwa mojej gminy. No ładnie panowie sadzą, skoro nie wiedzą nawet, gdzie już zajechali;))))

A to lista kilku tekstów z ostatniego sezonu:
- "Ale ta lipa to tu brudzi i brudzi..."
- "Wyciliby, a tak to jeszcze im na bude spadnie"
-"Tero to jusz tu chto inny miszko, nie wuja!"
- "Ni ma wody, ni ma prundu, ni ma jusz nic w tym kraju"
- "No to łun ji fpierdolił, a co!"
- "Łuna jusz tero nie robi tam, łuna jusz tero dzie indzi robi"
- "A mój to taki skurwiel uparty, że ino loć!"
- "Paczta, jakie tu porobiune tero"
- "A jeich to tyn srebrny? Bo jeszcze to stoł taki siny"
- "Sąsiadko, sąsiadko! Buraczki przyniosłem"

A nie wspominam o śpiewaniu, o tym, co słyszę od dzieci i młodzieży i o tym, co słyszę na temat mojego Kruczka kochanego;) On bez żenady pod płotem obszczekuje wszystkich równo;) Dla wielbicieli mojego psa, a wiem, że ma ich wielu, specjalnie kilka fotek ostatnich. Łun ta sie za firankom nie chowo, jak jo!

"Jestem piękny i mam wspaniały język"


"O! Pani woła, a co tam - raz będę posłuszny;)"


"A to dopiero!!! Po mojej ulicy chodzą, bezczelność! Kto to tam przechodzi???"


"To przechodzi ludzkie pojęcie", jakby powiedział poeta;)))

niedziela, 9 sierpnia 2015

Bałagan wszędzie;)

Z wielu powodów, których kulminacja nastąpiła tydzień temu, wokół mnie nagle zapanował szalony bałagan.
Po pierwsze - żniwa. Tyle kurzu, ile potrafi wygenerować jeden kombajn, mieści się w moim małym domku bezproblemowo - ba - mieści się wielokrotnie więcej!!! Wszystko jest pokryte białawym kurzem żniwnym. Nie posprzątałam jeszcze, bo -
 - po drugie - nie było mnie w domu. Ostatnio bytowaliśmy u moich rodziców, gdzie moja noga dochodziła do siebie w warunkach nieco bardziej komfortowych;) Ale wczoraj wróciłam i - zonk!
Po trzecie - było u nas tzw. "świńskie gówno" - nazwa bardzo adekwatna do zjawiska;))) Chodzi o rodzaj wiru powietrznego, małej trąby powietrznej, która przeszła nad naszymi domami akurat wtedy, gdy żniwował nas najbliższy sąsiad - efekt: całe podwórko, dom i generalnie szfystko posypane poszatkowaną słomą w dowolne wzory. Bałagan.
Po czwarte - z pisaniem i blogowaniem bałagan prawdziwy, bo ciągłe przerwy w dostawach prądu mamy i my, i rodzice. A to za duży pobór, a to burza, a to wiatr - i tak na zmianę. Żeby dorwać się do internetu, trzeba szukać "dziury", kiedy jest prąd, a nie grzmi ani się nie błyska. W tej chwili jesteśmy po potężnej burzy, jeszcze grzmi na opłotkach, ale prąd już włączyli, więc korzystam z "dziury". Za chwilę pewnie znowu wyłączą. Bloger mi fiksuje, trzy posty odatował tego samego dnia - poznikaly mi ustawienia - bałagan!
Po piąte - wraz z prądem często znika woda;) Wody w ogóle brakuje, jest zakaz podlewania, zakaz napuszczania do basenów i w ogóle masakra! Warty tak nisko dawno nie widziałam, promy nie kursują. Susza dotkliwa, ciśnienie wody słabe, wszechobecne pożary. Strażacy tylko śmigają... Kombajny stają w ogniu nie wiadomo kiedy, ostatnio poparzył się chłopak z okolicy - nie zdążył uciec, biegł po płonącym polu...
Po szóste - burza nadchodzi - nie ma już czasu na "po szóste" - spadam życząc miłej niedzieli!


piątek, 31 lipca 2015

Pisarskie kwiatki;)

A na podwyrku szfystko kwitnie!!! Niektóre za późno, inne za małe, ale szfystkie kwiatki piękne;) 


Z posianych słoneczników kwitnie JEDEN, z nieposianych nagietków - cała plantacja;))


W miednicach zakwitły nasturcje - ulubione kwiaty Kasprowicza;) Jakieś karłowate w tym roku;) Te na Harendzie przecież duuużo większe;)))



A oto przeddomnik:


Ku memu zdziwieniu, hosty zakwitły;)))


Takie mikrusy;) Jestem w szoku... Kiedy urosną - o takie???? Takie mi się podobają;)))


Fajne, prawda? No fajne. Ale wszystkim takie nie rosną, tylko wielkim pisarzom, konkretnie - Iwaszkiewiczowi;)))
Wniosek: trzeba być pisarzem, wtedy kwitną kwiaty i pięknie rosną. Zatem - ogrodniczki - do piór;)))

Lawendowe żniwa

W tym roku jakoś tak lawendowo się zrobiło... Lawendowe nasadzenia, Lawendowe Psy;))) Lawendową książkę mi ktoś zrzucił (ale kiepska, nie czytajcie;)
Lepiej... zrobić "lawendowe żniwa";)
W kuchni już się suszą fioletowe pęczki, a pojedyncze kwiatki, odpadając, wpadają do tygielka z kawą;) Lawendowa kawa??? Takie rzeczy tylko u Kretowatej;)))


A wiecie, jak bossko pachnie???


I pomyśleć, że to wszystko z dwóch krzaczków;)))

Dlaczego moje dziecko nie może mieszkać w bloku?;)

Jest kilkaset powodów co najmniej. Ja sama cierpiałam w blokowiskach poznańskich przez 15 lat. Gdy w końcu wyniosłam się na wieś zwyczaj przyciszania głosu, gdy wchodziłam po coś do łazienki, a akurat rozmawiałam, utrzymał się przez ponad rok...
Księżniczka została przeflancowana w takim wieku, że nie pamięta już restrykcji, jakim poddawana była w mieście: "Nie skacz." Nie tup." "Nie biegaj" etc. Do tego - Księżniczka jest "sową", po tatusiu. Gdy są wakacje, już po tygodniu wchodzą oboje w naturalny rytm nietoperza - kładą się spać o trzeciej, wstają w południe. I nie gadajcie mi o higienie i przyzwyczajeniu - to jest dla nich normalne i szlus. W roku szkolnym Księżniczka co prawda wstanie na ósmą, ale odzyskuje świadomość koło 11-tej;) Nocne życie w mej chatynie zatem kwitnie, a być jedynym skowronkiem w tej bandzie nie jest łatwo;)
W te wakacje spaliśmy w wielopiętrowym hotelu - tylko jedną noc, ale wystarczyło, by przekonać się, że nasze dziecko jest totalnie "wsiowe" i nie mogłoby już zamieszkać komuś nad głową;)

Oto kilka powodów:
1. Wczoraj Księżniczka zobaczyła piękny księżyc, było już po dziesiątej w nocy, ale towarzystwo u sąsiadów jeszcze nie spało, więc dzieciaki siadły razem na płocie i... wyły do księżyca. Dobre 20 minut. Wyły elegancko, tak, że "rozwyły" psy we wsi;) A potem powiedziałam im, żeby nie wyły, bo przyjdą do nich prawdziwe wilki z lasu, bo taki księżyc i w ogóle - i - tak się zaczęły "trząść ze strachu", że pospadały;)))
2. Bieganie w drewniakach po chałupie za psem jest na porządku dziennym.
3. Kto powiedział, że rano trzeba najpierw myć zęby. Najpierw pędzi się na podwyrek.
4. Festiwal "piosenki zmyślankowej" odbywa się zwykle koło północy.
5. Próba biegania boso w parku poznańskim skończyła się wywrotką na psiej minie poślizgowej i myciem nóg na cito. Księżniczka sfrustrowana zapytała mnie wtedy: "To gdzie te dzieci z miasta biegają boso?"
6. W rzeczonym hotelu nie mogła zasnąć przez pół nocy, gdyż "ktoś chodził nad nami". No chodził.
7. W rzeczonym hotelu nikt nie spał pewnie poniżej naszego pokoju, bo Księżniczka nie "wstaje" z łóżka, tylko robi odwieczny, zwyczajowy "skok na bombę";) Recepcja dzwoniła dwukrotnie.
8. Nie wspomnę już o ujeżdżaniu konia na biegunach w taki sposób, by się przemieszczał po chacie - to wymaga specjalnej techniki. Głośnej raczej.
9. "Mamo, pacz, jak teraz skaczę". Bez komentarza.
10. "Mamo, kto głośniej zrobi enszantinks?" Ona zwykle głośniej robi enszantinks.
Jak widać, dziecko już wyparło traumę. Nie ma nawyku samokontroli. I - kruca fuks - bardzo dobrze!

wtorek, 28 lipca 2015

Mamy letnika;)))

I wcale nie chodzi o to, że zjechał do nas G. albo inna Sis;) Mamy letnika we wsi;) Tak grupowo. Jednego. Tego od fiuta.
Kto nie w temacie - więcej info tu:

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2015/07/co-i-dlaczego-mnie-w-zyciu-omija-nie.html

Gdy w końcu doczłapałam się do sąsiadów, dowiedziałam się kilku rzeczy.
Po pierwsze: gościu jest admiratorem napojów wyskokowych. Po drugie: ma za sobą niezbyt chlubną przeszłość. Po trzecie: jest nawet skoligacony z naszą wsią pod wieloma względami (zresztą jak każdy tutaj).
Pochodzi z sąsiedniej wioski i całymi dniami przesiaduje pod naszym sklepem, skutecznie obniżając obroty tegoż - jakże potrzebnego - przybytku. Dziecioki boją się podjechać po lody, kobity po zakupy wysyłają chłopów, tamtyn ich zaczepio - zaś dzwunium po ochrone - szarpanka, nic z tego nie wynika. Gościu jak koczował na ławce pod sklepem, tak koczuje.
Nie ma w tym niby niczego takiego znowu - wielu takich mamy, ale ten jest specyficzny. Dość powiedzieć, że został już przegnany sprzed innych sklepów, nasz mu został, a choć musi do niego dojeżdżać, sumiennie czyni to każdego ranka, zupełnie jakby dojeżdżał do pracy.
Nic jednak z tych rzeczy.
Jak powiedział patrolowi, który został wezwany na interwencję: "Ja tu jestem na wakacjach. Niektórzy jadą sobie nad morze, inni w góry, a ja spędzam wakacje tu, przed tym sklepem i co mi zrobicie???"
No i nic nie zrobili, Bo generalnie nie mają paragrafu na takiego "letnika". Dopóki coś się poważniejszego nie wydarzy, nic mu nie zrobią, a i potem niepewna jest penalizacja;)
Dzieci więc omijają sklep dalekim łukiem, kobity jeżdżą do sklepu do sąsiednich wiosek, a chłopy przywożą zaopatrzenie traktorami albo i kombajnem przy okazji, wracając z pól. Pod sklepem pusto i - jak nigdy - nic się nie dzieje....
Można powiedzieć, że przynajmniej sprzedawczyni ma spokój... Ale nie, bo oto podobno istny "letnik" się w niej właśnie zakochał - a kto mu zabroni mieć wakacyjną miłość???
I tego, kochani, właśnie należy jej współczuć...