Popularne posty

wtorek, 31 maja 2016

Mruczysław w domu, podobnie jak reszta;)

Od wczoraj. O pełnym sukcesie jeszcze nie ma mowy. Retikulocyty zobaczyć będzie można dopiero jutro, więc jutro jedziemy na ich pobranie. Póki co - kociak wrócił do żywych. Podjęłam decyzję o zabraniu go ze szpitala. Wszystkie czynności życiowe przejawia, ma dużo lepsze wyniki, a myślę, że każdemu lepiej w domu niż w szpitalnej klatce. Gdy go wiozłam wczoraj, po solidnej burzy i otworzyłam okno Strzały, by wpuścić nieco powietrza pachnącego deszczem - Mruczy wyraźnie się ożywił;) W domu zaczął nawet mruczeć - po cichutku i nieśmiało, ale jednak...
Problem jest jedynie z podawaniem leków - jest już tym zmęczony i to, co wyprawiamy, żeby podać mu wszystkie tabletki, przechodzi ludzkie pojęcie. Dzisiaj od piątej rano godzinę spędziliśmy na wojowaniu z zadziwiająco żywotnym kociskiem... Niepotrzebnie traci tyle energii na walkę z nami - i tak musi brać, co trzeba. Żal mi go, bo lista zaleceń długa, ale - życie po transfuzji zobowiązuje;)
Dba o futerko, ociera się,  pięknie korzysta z "bezpiaskowej" kuwety, a nawet zaczął ponownie drapać nam meble - jak cudownie... Gdyby jeszcze tak coś zbił, wskoczył na szafę, wdrapał się po firance - byłabym zachwycona!
Je, choć oczywiście nawet nie spojrzy na zapisaną karmę;) Teraz śpi, gdy się obudzi, spróbuję podać mu steryd... Może się uda;)
Nerwowa atmosfera udzieliła się również psu. Może czuje się zaniedbany? Gdy wreszcie padłam wczoraj na łóżko o wpół do pierwszej, po morderczej walce z kotem i antybiotykiem (a także opatrzeniu zadrapań) - wstawać musiałam jeszcze trzy razy, gdyż Kruczek dla odmiany raczył był zwymiotować. Regularnie, w odstępach godzinnych. Jest to reakcja psychosomatyczna i/albo przejaw łakomstwa kolacyjnego.
Nie zdziwi więc nikogo fakt, iż Księżniczka dostała nad ranem gorączki i również obecnie przyjmuje stosowne medykamenty, w czasie dozowania których należy pilnować, aby ich nie pomylić z kocimi.
Łatwo zatem policzyć, ile dokładnie spałam ostatniej nocy;)
A zmiana pozycji szczególnie mi doskwiera, gdyż w sobotę, chcąc pewnie rzutem (dosłownie) na taśmę zdążyć wypełnić słowa poniższej piosenki, zglebiłam się koncertowo w galopie;)  Ale - otrzepałam portki, wsiadłam z powrotem i jeszcze chwilę przekłusowałam. No i flaszka pęknie;)
Swoją drogą - to piękny moment - jak z kreskówki - gdy nagle stwierdzasz, że twój koń jest jakiś dobry metr w prawo od ciebie - o - o - i - doop;)
Bardzo prosimy o ciepłe myśli. Dziękuję za wszelkie przejawy sympatii i dobrą energię, jaką ciągniemy z blogosfery - Mruczy przetapia wszystko to na ertytrocyty (mam nadzieję).
Rzeczona piosenka - oby czerwiec nadszedł szybciej;)




piątek, 27 maja 2016

Jest dobrze!

Odwiedziny u pacjenta:) kot jak nowy! W poniedziałek dowiemy się, czy ruszyła produkcja erytrocytow... Póki co - radocha!

czwartek, 26 maja 2016

Kawaleria w drodze!

Nie mam dobrych wieści. Mruczysław miał fatalną noc - myślałam już, że jest po kocie... Nie było na co czekać - jest już hospitalizowany. W najlepszych rękach (poza naszymi).
http://www.klinwet.pl
Potrzebuje wiele dobrych myśli, bo ma hematokryt 6. Nie widziano tam jeszcze kota z takim hematokrytem - żywego. Ale - ponieważ klinika nie dzwoniła do mnie - pacjent jest wciąż wśród nas. Jest chory naprawdę ciężko, ale póki co - nikt nie wie na co dokładnie - mimo wielu wykonanych testów - "factor x", który nas wodzi za nos, pozostaje nieuchwytny...
Jestem na dworcu PKP - jednym z tych pociągów nadjedzie wkrótce krew dla Mruczka - grupa A, najpopularniejsza, a jednak - ostatnia dostępna w banku jednostka...


W domu - wszyscy zastygają w oczekiwaniu:



Nie przewiduję złego scenariusza, choć rokowania są kiepskie. Ale się należy trochę tych miastowych doktorów uświadomić! - wsiowy twardziel przy takim wsparciu - po prostu musi dać sobie radę! Jeszcze zadziwimy całą klinikę na Mieszka;)
No to pełna mobilizacja - Strzała awansuje z "ambulansu kociego" na "ambulans krwiodawstwa kociego", a koło ósmej dr Wąsiatycz zajmie się transfuzją.
Taki jest plan i nie zawaham się go wykonać;)
Nie zaszkodzi modlitwa do Św. Franciszka;) - przecież chyba DZISIAJ nie odmówi...

wtorek, 24 maja 2016

niedziela, 15 maja 2016

Post dla P.:)

Kret był tej wiosny zaryty głęboko, a zejdzie jeszcze niżej;) Tylko na chwilę pojawia się w blogosferze, za co przeprasza i co uważa za skandaliczne, ale - niestety - jego obecność w realu jest obecnie pożądana bardziej;) Należy się jednak krótki raport z działalności, który niniejszym przedstawiam i w całości dedykuję pewnemu P.:)

1. Szczęśliwie udało się zamknąć projekt taras;) Ostatnie wkręty wkręcałam dwa dni temu - ale efekt jest zadowalający;) Jak dla mnie - taras spełnia wszelkie oczekiwania z nawiązką i póki co jego ewentualne "podrasowywanie" zostawiam na bliżej nieokreśloną przyszłość;) Specjalnie dla P. - foty "przed" i "po";)



2. Domykam projekt "góra" - dzisiaj od wczoraj  jestem już po malowaniu;) Specjalnie dla P. - foty "przed", "w trakcie" i prawie "po":
Przed zerwaniem podłogi, w takim stanie nabyłam;) Pozornie "ładnie";)


Po wyniesieniu dziadostwa spod podłogi i zaimpregnowaniu belek:


Ocieplanie stropu - punkt kluczowy dla naszych finansów zimowych;)


Wreszcie - to samo okno:


Jeszcze trochę farby, podłoga, podłączenie grzejników - i będziemy finiszować;))) 5 lat, wiele trudu, mnóstwo kasy i prawie "na gotowo";)
A ponieważ muszę kończyć na cito pewien projekt jeden, drugi i trzeci - potrzebuję "góry" już! Nie za dwa miesiące! Więc gdy Książę Małżonek poszukuje w sieci wystarczająco "godnego" biurka dla jego Książęcej osoby, ja zmontowałam sobie swoje w niecałe 5 minut - z tego, co było pod ręką;) Tak właśnie wygląda szczęście;)


MAM WŁASNE BIURKO!!! Po raz pierwszy od 20 lat mam kawałek blatu (a konkretnie resztkę z płyty OSB nakrytą starym prześcieradłem) TYLKO dla siebie!!! To niewypowiedziana rozkosz;) Można ją porównać jedynie z tym, co czułam wczoraj robiąc (z małą pomocą trenerki i koleżanek-gimnazjalistek z klubu jeździeckiego) szereg drążków w galopie - cztery razy!!!
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i macham z okienka na strychu!
A tak  na marginesie - ha! teraz to ja mam najlepsze okno we wsi;)

niedziela, 24 kwietnia 2016

20 tekstów, które zrozumieją tylko koniarze;)

Oto, jakie teksty można usłyszeć u nas na jazdach - piosenek nie wspomnę;)

1. "Koń ma prawą nogę na łopatce - idzie jak chce!"

2. "Kroczem do przodu, kroczem! Rytmicznie, rytmicznie, co jest? - raz-dwa, raz-dwa!"

3. "Dupę głębiej w siodło, plecy do tyłu, cholera, pogarbione wszystko na komórkach!"

4. "Masz stówę? To se wsadź pod dupę - jak wyleci, będzie moja!"

5. "Siedzisz na nim? Nogi masz? To zamknij go łydkami jak się należy! Podeprzyj go! no łyda, ludzie, królestwo za łydę!"

6. Taki dialog:
Kret: A.! Mam dobrą nogę?
A.: Masz dwie dobre nogi!

7. "Nie podnoś ręki, nie podnoś ręki, nie podnoś ręki na drugim drążku, bo go za ryj ciągniesz! ku$#@! w kosmos polecicie!"

8. "Nie bujaj się, jak pijany kowboj wyglądasz, nawet kurna ramiona się gibają!"

9. "Galoop! Galooop! Prrrr... Zła noga. Jeszcze raz! Galoooop! Galooop! No ku&^%$! traf w końcu!"

10. "Wkurw się na niego, to ci pójdzie! Ja się nie ruszam dzisiaj. Ja siedzę, a ty się wkurwiasz teraz na niego!"

11.  Taki dialog:
Kret: P.! Pomożesz mi podciągnąć popręg?
P.: Siedzisz na koniu, to se radź! Co mnie wykorzystujecie w kółko! Gdzie się pani uczyła jeździć? Co za stajnia, jak Boga kocham! Czego oni tam uczą!

12. "Odchyl się do tyłu, dwa spacerowe na zad, lewy butapirazol i dzida! Widzisz! Nie widzisz, bo ci łzy z wrażenia poszły! Dobrze, że górą!"

13. "Od dzisiaj jazda na tę godzinę nazywa się Jeździecki Uniwersytet Trzeciego Wieku - dla Emerytów i Rencistów co Wsiadają Tylko po Schodach!"

14. "Masz za długie strzemię? To se skróć."

15. Taki dialog:
M.: Krecie! Masz nierówne strzemiona!
Kret.: Wiem.
M.: To dlaczego tak jeździsz?
Kret: Bo P. powiedział, że są równe...

16. "Prawa wodza! Prawa wodza! Która to jest prawa? Nie, nie ta. Podnieś prawą rączkę do góry! Albo lepiej nieeeeeeeee!"

17. "Łydką wewnętrzną najeżdżaj! No przecież zobacz, jaki on ma głupi wyraz twarzy! No on nie wie, czego ty chcesz od niego! Ja też zresztą nie wiem!"

18. "Koń jest brudny, w ogonie słoma, jeździec pół godziny konia czyścił, ku&^#! wieczorem będziecie zaczynać siodłanie!"

19. Taki dialog:
P.: Nie ciągnij strzemienia w tył, bo ci zaraz odpadnie!
N. Panie P.! Strzemię mi odpadło!
P.: I tak oto zostałem prorokiem!

20. "Przerwa techniczna! Koń się zepsuł! Łopatę i zaraz mi konia naprawić!"

Dziękuję Moim Trenerom - bez nich nie ma frajdy!


niedziela, 17 kwietnia 2016

"Tyrajmisiu" wersja Krecia - mniam;)

Na pewno wiecie, jakie jest ulubione ciastko szefa ze starego kawału. Dzisiaj rano obudziłam się i oprócz bólu mięśni po wczorajszym dłuuugim galopie poczułam, że albo zjem pychotkowe "tyrajmisiu" albo szlag mnie trafi.
Mieszkając na wsi, uczymy się polegać na swojej kreatywności i gigantycznej lodówce. Wydobyłam stamtąd kubek śmietany trzydziestki, dwa opakowania mascarpone i utknęłam. Oprócz kakao - niczego więcej nie mam, a do podstawowej wersji "tyrajmisiu" tyle jeszcze jest potrzebne! Zaparzyłam kawę i wypiłam połowę, jest dobrze;) W naszym sklepie zaopatrzenie coraz gorsze, nie dostałam niczego kreatywnego. Tylko cukier puder.
Postanowiłam wpaść do sklepu przy kościele "po kościele". Kupiłam biszkopty, ale nie było ani rumu, ani marsali, ani amaretto. Nabyłam więc setkę czyściochy i flakonik zapachu rumowego do ciast, już w duchu klnąc na czym świat stoi, bo przecież i tak tego nie zrobię - i tak nie schrzanię mojego "tyrajmisiu" byle zapaszkiem z buteleczki... "Nie było ani marsali, ani amaretto, ani rumu nawet" - zakomunikowałam Księciu Małżonkowi wsiadając do auta, a on ze spokojem wskazał wzrokiem stojących pod sklepem uczestników tzw. "mokrej mszy" (polega ona na tym, że się idzie niby do kościoła, a stoi się pod sklepem i pije cośtam) i powiedział ze spokojem: "Co się dziwisz? Kto to kupuje? Już ich widzę, jak tak sobie stoją i popijają amaretto..." To byłoby coś!
Po drodze jeszcze sklep gminny, gdzie panie długo szukały, szukały, a w końcu znalazły zakurzoną setkę rumu! Zatem - do dzieła!
Śmietana na puch, do tego mascarpone z cukrem pudrem i w miseczce rum z mocnym espresso - pół na pół mniej więcej. Nie mam żadnego stosownego szkła do "tyrajmisiu" - robiłam je dziś pierwszy raz w życiu, więc padło na wieeelkie filiżany, a co! O - takie wieeelkie!



Moje "tyrajmisiu" jest bardzo wytrawne, bo nie lubię cukru w deserach, jest puszyste i lekkie (ma tylko milion kalorii) a do tego - bardzo dla dorosłych. W lodówce czekają 4 filiżany - eee... no już tylko dwie;)



Jak na trudne warunki i spontaniczne działania, pierwszy raz i brak tego czy owego - efekt powalający! Wyszło lepiej niż w znanych z dobrego "tyrajmisiu" knajpach... Sam ekspert (Książę Małżonek) ocenił bardzo wysoko - czyżby w obawie przed zniechęceniem kucharki?;)
A tutaj przepis dla zaawansowanych - może następnym razem, gdy lepiej się przygotuję i zaopatrzenie przyjedzie ze mną z wojewódzkich delikatesów;) Uwaga - film też "dla dorosłych";) Kocham tego kucharza miłością bardzo zmysłową;)


Ach! Kto się odchudza na wiosnę, niech już przestanie - życie jest piękne i bardzo smaczne;)

środa, 13 kwietnia 2016

Szkółka w Kórniku;)

Tak, tak - wcale nie liceum... W pewną sobotę marca wybraliśmy się - a co! W takiej szkółce sobotniej jest zawsze wspaniale, choć zwykle panuje tłok i trzeba czekać na wózek;) Książę Małżonek wózek zdobył natentychmiast, pomagając pewnej pani z załadunkiem wieeelkiego rododendrona - w szoku byłam...
Ale - dla drzewek Książę wiele poświęci;) Uzbrojeni w wózek, kubek kawy i odliczoną gotówkę (nie można płacić kartą, na szczęście;) ruszyliśmy w teren. A tam - wszędzie pięknie!

Dosłownie!

Niektóre okazy bardzo literackie - czy to naprawdę jest z Królestwa Rohanu?;)


Wózek w Kórniku zapełnia się równie szybko, co w supermarkecie:



Tyle pokus tam czyha na człowieka... Ras, ras - mieliśmy pełny wózek i - pustą kieszeń.

W Kórniku nawet kasa jest bardzo malownicza:



Cudem starczyło jeszcze na worek ziemi. Ładowaliśmy się dłużej niż pani od rododendrona, Kupiliśmy daglezje, sosny zwykłe, modrzewie, dwa pnącza typu pomorskiego, trzy tujki-chujki w pewnej intencji, wierzbę srodze podrośniętą, tamaryszek, na który nie mam jeszcze miejsca, i różne drobiazgi... Wszystko się zmieściło, choć nie było łatwo... A trzeba było przyjechać z przyczepką, jak niektórzy:


Na koniec zagadka botaniczna - Drogie Blogerki Ogrodnicze - co to jest takiego? Rośnie to obok Biblioteki Raczyńskich od strony tylnego wejścia - szalenie mi się podoba, a nie wiem, jak się nazywa?


Z ogrodniczym pozdrowieniem
Kret - spadam szukać paska klinowego do kosiarki...

niedziela, 10 kwietnia 2016

Kometa Kret ukazała się nad Warszawą;)

Widoczna była zaledwie przez dwa dni, najjaśniej zaś błyszczała w nocy - jak to kometa. W dzień komety są zajęte czym innym. Kometa Kret miała również wiele zadań.
A to odwiedziny u pewnego króla:



A to odgrywanie Julii na pewnym balkonie:



Poranna kawa w biegu z posągowym Wieszczem:



A wieczorem - same przyjemności.

Konie:



Podejrzane lokale z podejrzaną muzyką w podejrzanym towarzystwie:



Ciekawe lektury (i jeszcze ciekawsze drinki):



Wreszcie - spotkanie z Mnemo!
A oto dowód - oto ON - jedyny i niepowtarzalny, grzeczniutki i śliczniutki - the one and only: MOPEK!



Mnemo zaprosiła mnie do domu, gdzie gadaliśmy (z Wu i Mopkiem) do nie wiem której, uśmiałyśmy się po pachi, a historie mazursko-kaczorówkowe były balsamem na me zmęczone jestestwo...
Dotarłam do hotelu (dzielnie odeskortowana przez Mnemo) po północy...
Zamówiłam taksówkę na 4.50 i przespałam się jakieś 3 godziny (co łącznie z poprzednią nocą razem dało 6 godzin snu stolicznego), po czym zadzwonił budzik. Jak duch blada, zwlokłam się do taryfy ciągnąc za sobą rollwalizkę... "Czy pani nie może spać? Kto to o tej porze taryfy zamawia?" - przywitał mnie "słodko" taksówkarz. "Bo ja proszę pana już chcę do domu" - odpowiedziałam i z godną podziwu odwagą cywilną, dodałam: "Wie pan, Warszawa jest spoko, ale nie ma jak to u mnie na wsi".
Jechaliśmy w milczeniu na Centralny, gdyż nawet warszawski taryfiarz potrafi stracić niekiedy rezon. Na Centralnym czekał już na mnie pociąg. A gdy zobaczyłam z okna bloki Lidki i jej przejazd "kijkowo-spacerowy", poczułam się jak u siebie. Najlepiej zaś, gdy wysiadłam w porannym, rześkim powietrzu naszej sosnowej stacyjki. Nawet komety mają swoje mety;) Tam czeka na nie palenie w piecu i głodne zwierzęta...

PS. Dziękuję Mnemo za wszelkie podarki i gościnność, za wspaniałej urody mikro-kanapeczki, za to, że zabrała mnie do knajpy, w której psy są obsługiwane z tą samą atencją, co ludzie;) Za całokształt.

A oto rozmowa z Księciem Małżonkiem po powrocie:
- Kto to jest Mnemo?
- No Mnemosyne.
- Mnemosyne to wiem.
- To po co pytasz?;)

Oto właśnie Mnemosyne - na ścianie u Mnemo:


Idę spać;))))


środa, 6 kwietnia 2016

Kret, konie, żubry, dziki i daniele;)

Kret jest w ciągu - mam pootwieranych tyle frontów robotniczo-chłopskich i inteligencko-stolicznych, że naprawdę nie wyrabiam na zakrętach, mimo że ze Strzały wyjęte mam większość siedzeń i obecnie robi za dość dociążaną towarówkę;)
Nie obywa się bez wspomagania - przy życiu trzyma mnie zielona kawa i ciekawa jestem, jak długo na tym dam radę w takim tempie;)
Dzieje się w chałupie, dzieje się w chlewiku, dzieje się na strychu i dzieje się w ogrodzie - z każdej strony coś nowego, z każdej strony ciągły ruch i wszędzie jestem niezbędna.
No - nie ma lekko. "Mama, masz po prostu za dużo talentów" - skwitowała ostatnio Księżniczka i, jak na pannę w jej wieku przystało, dodała z emfazą: "Kto ma wiele talentów, od tego się więcej wymaga - przecież wiesz. Popatrz na Tatę - on nie jest zbyt przydatny i wszyscy mu dają spokój". Mędrzec z Ludowej Republiki Chińskiej sam by tego lepiej nie podsumował;)
Przepraszam zatem bardzo za brak postów, ale taka karma;) Muszę z tym żyć, a żyję (nawet jak na siebie) bardzo intensywnie.
Na prośbę Księżniczki ostatnim razem, gdy przemykaliśmy przez Gołuchów - wstąpiliśmy do żubrów. A tam - niespodzianka. Nie tylko żubry, ale i inne zwierza, niektóre fajniutkie całkiem;)


Dowiedziałam się wiele o ich historii;)


Żubrzyska leniwe jak się patrzy:


Inni po prostu jedzą;)


Jeszcze inni mają wszystko w nosie - całkiem dużym nosie...


Tylko niektórym che się ruszać:


A ten - siedział sobie i w ogóle się nie bał - pozował jak Anja R.;) Kto to? Nie mam pojęcia, co za ptica:


I już mykaliśmy do Strzałki, bo w niej czekały na nas nasze zwierzęta podwórkowe;)
Opracowaliśmy też plan: gdy już ogrodzimy ugór i założymy tam "park", to wpuścimy sobie tam parę danieli;) Podoba mi się bowiem nazwa "zwierzęta parkowe";)
O sadzeniu parku, a zwłaszcza daglezji - następnym razem - tylko - kiedy???;)
Z robociarsko-kułackim pozdrowieniem
Kret;)