Popularne posty

sobota, 20 grudnia 2014

Adwentowa dedykacja dla Hany;)

Nie ode mnie - od Tomaszewskiej;)
Oto znana scholka zapodaje coś takiego - dostałam to mailem z wyraźną dedykacją : "dla Hany"!!! Pamiętacie dyskusję o tym, co śpiewamy, a co słyszymy? Ani ja, ani Tomaszewska nie wiemy, w którym poście szukać - dość, że w komentarzach pojawiło się tam sporo przykładów na "rozbieżności". Między innymi w tej adwentowej pieśni - scholka śpiewa "Panna pocznie", a dyrygent strofuje ich dykcję, by w kościele nie rozlegało się "pan na poczcie";)))
Z powodzeniem. Słychać, co trzeba. I jak pięknie! Zatem - to dla Hany!!! - w ostatnią niedzielę Adwentu! Już wkrótce "Panna pocznie i porodzi Syna i nazwą go imieniem Emmanuel"...


PS. Kto znajdzie tę dyskusję na blogu Kretowatej ten doczeka się dekupowej Niespodzianki Noworocznej;)

Jak nauka poszła w las;)

Niby Kretowata przyzwyczajona do porażek dydaktycznych, ale - gdy zawodzą najbliżsi - boli bardziej;) Dziś rano zapuściłam najpopularniejszą anglofońską muzę na Kristmans i - pomna zeszłorocznych wykładów - pytam Księcia: "Kto to śpiewa?" 
A Książę Małżonek niewzruszony, z całym książęcym spokojem, odpowiedział pewnie: "No jak to? Cliff Richard!!!!"
No to znaczy, że materiał nie został ani przyswojony, ani właściwie utrwalony - zatem raz jeszcze - Księciuniowi dla powtórki - dla nas - dla przyjemności:

Ewrybadi tańczą;)


Buźka przedświąteczna!!! Ale u mnie pachnie w domu;)))

A oto zapis ubiegłorocznych zajęć:

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2013/12/last-kristmans-i-nekst-kristmans.html

O Boszsz... dydaktyka nie ma końca;)))))))))

piątek, 19 grudnia 2014

Kretowata mdleje z nadmiaru...

Wczoraj Kretowata - zdecydowana od samego rana - postanowiła, że do miasta w tym roku więcej nie jedzie. W związku z tym musiała dokonać niezbędnych czynności - nie tylko iść do pracy, lecz jeszcze porobić pewne zakupy i spotkać się z Mikołajem;)
Gdy wyszłam z pracy było już dość późno - "normalne" sklepy dawno zamknięte... Udałam się więc do galerii słodko zwanej przez podróżnych poznańskich Poznań Shitty Center, by nabyć to, co konieczne nim wsiądę do pociągu do domu - dwie TAKIE SAME lalki i książkę Wojaczka.
O Wojaczku zapomnij, panienka w pseudo-księgarni nie znała nawet nazwiska i musiałam jej przeliterować do systemu, który ma milion Wiśniewskich, ale żadnego Wojaczka, niestety... W zamian zaoferowała się, że - uwaga - "doradzi mi coś innego" - no cóż... Hmm... Podziękowałam;)) Grunt jednak to marketingowy tupet;)))

Niczego innego się nie spodziewałam, więc już od dawna miałam kupiony prezent zastępczy, co roku to samo zresztą;) W zeszłym roku kupowałam Babla, z podobnym skutkiem;)

http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2013/12/spadajaca-gwiazda-i-ajzaak.html

Wpadłam do Shitty zgrzana, zapocona, w biegu do sklepu z zabawkami, do którego skierował mnie uprzejmy ochroniarz.
Ludzie!!!! Zwykle te cuda z plastiku kupuję przez internet, zostałam więc przytłoczona tym, co zobaczyłam!!! Ściany lalek!!! Do wspaniale podwieszanego sufitu pełnego czujników i kamer - same plastikowe lalki!!! Ale żeby do nich trafić trzeba kluczyć w labiryncie zabawek dobre kilka minut!!! A tu klocki, a tu łicze, a to monsterki, a tu pisaczki, a tu lalka ze smartfonem, a tu same grające pieski - no masakra!
Nazwę lalki pożądanej przez nasze dziewczęta miałam napisaną dwukrotnie na liście - żeby nie było. Musi to być  TA I TYLKO TA W DWÓCH EGZEMPLARZACH!!! Skołowana, nie miałam kogo zapytać. Wokół sami zagubieni rodzice, tacy jak ja, ze swoimi kartkami przemierzający tam z powrotem te same alejki obstawione klockami lego...
W końcu namierzyłam kogoś - dziewczyna mknie przez alejkę w firmowej koszulce. Widząc, że nie reaguje na "przepraszam", zatrzymałam jak konia - rękami w górę - zadziałało;) Tak, mają takie lalki, zaprowadzi mnie - po kilku ostrych zakrętach Kretowata zatem stała przed upragnionym rodzajem lalek - do sufitu różne ich rodzaje i imiona. Super. Panienki już nie było. Pobiegła szukać kampera dla Barbie.
Ryję w tych lalkach - jessst!!! Ale TYLKO JEDNA!!!!!!!! Niemożliwe. Ryję raz jeszcze. Nie ma. Spociłam się jeszcze bardziej, torba z książkami przygina mnie do ziemi, zrzuciłam płaszcz, torbę machnęłam pod regał z monsterkami, ryję dalej.. Nic. Dalej tylko jedna. Przeszukałam wszystkie, a gdy upewniłam się, że jest tylko JEDNA JEDYNA poczułam nagle, że robi mi się duszno, czarno przed oczami i z lekka słodkawo... Nie!!!! Tylko nie teraz!!! Nie, nie mogę teraz zemdleć. Resztką sił usiadłam na podeście do wózków dla lalek, zdjęłam z siebie jeszcze to, co mogłam... Ludzie, brak powietrza, brak powietrza!!! Gdy nieco doszłam do siebie, pomyślałam sobie, że chyba coś tu jest nie tak!!! Wzięłam pierwsze lepsze dwa opakowania klocków lego, TAKIE SAME, i zdecydowanie ruszyłam do kasy!
Za czasów mojego dzieciństwa takie klocki, z których teraz buduje się w sklepach labirynty, były przedmiotem marzeń wszystkich dzieci - niech i te dzisiejsze się nimi trochę pobawią, nie będzie lalek!!! A nie pasuje, to w przyszłym roku będzie psińco!!!
Zadowolona ze swojej asertywności prezentowej pomknęłam przez dryfujący, podduszony klimatyzacją tłum w galerii wprost na peron, gdzie pół godziny wiatru i powietrza doprowadziło mnie zupełnie do stanu używalności. Wsiadłam w wieczorny pociąg z wielką ulgą, a gdy wysiadłam w naszym lesie, byłam już lekka i świeża. Nie dam się zwariować, nie dam się zwariować!!!!!

Czego i wszystkim życzę!!! Nie mdlejcie przed Świętami!!! Ani w sklepie, ani w kuchni, ani w samochodzie, ani z odkurzaczem - nie!!! Basta!!!
Róbcie to, co ja dzisiaj robiłam - herbatka (i nalewka porzeczkowa!!!) z Sąsiadem, oglądanie starych zdjęć, gdy był najlepszym jeźdźcem w gminie i prowadził korowód dożynkowy z siodła, spacer z psem... Dziś projekt rekonwalescencja Kretowatej;) Od jutra - trochę tempomacik sobie podkręcę;)) Ale - bez przesady;)
A teraz zagadka - czyje to miejsce pracy - czyje to krzesełko? Które jest Księcia Małżonka, a które Kretowatej?
Krzesełko numer 1:


Krzesełko numer 2:


Pozdrawiam przedświątecznie!!!


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Kłusem w Święta!

Kiedy poczułam się w Krakowie jak w domu? Teoretycznie - zawsze, a praktycznie dopiero wtedy, gdy ludzie na ulicy zaczęli mnie brać za krakowiankę i pytać o drogę, o autobusy i tramwaje. Wtedy poczułam, że już nie jestem turystką, że miasto to jest już moje, oswojone, a ja mam w oczach pewność, która ludziom każe mi zaufać.
Podobnie poczułam się w sobotę rano w stajni;) Po raz pierwszy ktoś (tata bardziej ode mnie zapewne zaawansowanej amazonki) podszedł do mnie (!!!) i zapytał, którego konia dzisiaj córka może wziąć na jazdę (!!!!) - tadaaam!!! To znaczy, że moje sztylpy nie rażą już "nowością", to znaczy, że moje oczy nabierają pewnego charakterystycznego wyrazu, to znaczy, że... tak - zaczynam wyglądać jak koniarz;)))) Uśmiałam się jednak i skierowałam ich do fachowej siły - mojej niezastąpionej trenerki;)
Ale to nie koniec niespodzianek tego dnia - kłusując sobie na lonży wiedziałam, że kiedyś przyjdzie moment odpięcia tej linki, a kiedy w końcu nadszedł - zestresowałam się nie na żarty;)
Konisko momentalnie to poczuło, bo - spokojne zwykle - trzykrotnie spłoszyło się dość gwałtownie - no - trzy razy zobaczyłam glebę z bliska w czasie kwadransa, ale - nie spadłam;) Z darów bożych zgubiłam prawe strzemię i z trudem zdobytą pewność siebie;) Szkoła życia;) Ale spoko - odbudujemy;))) Musimy odbudować, bo pono mam dołączyć do grupy jeźdźców - ja!!!!??? W Nowy Rok wstępuję zatem całym zastępem;)
No, kochani - żarty się skończyły;) Gdy to usłyszał Książę Małżonek od razu wymyślił mi prezent - dostanę kamizelkę ochronną - taką samą, w jakiej jeździ Księżniczka. Plus dwieście do prezencji, plus sto do morale, minus pięćset do mobilności;)))
Wczoraj była Wigilia w naszej stadninie - ludzie!!! Czego tam nie było??? Jakie jedzenia!!! Sami popatrzcie:


Ten cudowny domek zdobył pierwszą nagrodę w konkursie na najpiękniejsza potrawę;) Miał nawet wybrukowaną kamyczkami ścieżkę do drzwi! (Na fotę załapał się stojący sobie w cieniu koszyk moich bułeczek orkiszowych).
A to laureat drugiego miejsca - bombki z jabłek:


A ile było koni na stole!!! - całe stada!!!


Herman był obecny w wersji "ciastkowej" i osobiście;)


Była też choinka do powały, którą dzieciaki ubierały w samodzielnie wykonane ozdoby, no i był sam Święty Mikołaj, który w asyście pomocnic przyjechał na... reniferze-Hermanie;)


Renifer i koń - tego wieczoru te dwie kategorie nieco się zatarły, więc proszę się nie czepiać;) Chcę też zapewnić, że rumak Mikołaja był wprowadzony tylko na chwilę, robi to zresztą tradycyjnie co roku i jest już przyzwyczajony - nie stała mu się żadna krzywda (uprzedzam zarzuty obrońców zwierząt). Swoją rolę odegrał z gracją i w chwilę potem odpoczywał w stajni, opowiadając kolegom co i kogo widział;)
Kretowata zasiadła w kąciku pod kominkiem z herbatką i pierniczkiem dedykowanym ulubionemu kucowi Księżniczki, który to pierniczek Księżniczka przezornie rąbnęła ze stołu przed oficjalnym rozpoczęciem poczęstunku:


Było w tym coś słusznego niewątpliwie, gdyż pyszne jedzonko szybciutko znikało ze stołu, który goście zastawili iście po królewsku!!! My zawiozłyśmy bułeczki orkiszowe, dwie wersje śledzików (śliwkowe i w śmietanie) oraz cynamonowe ślimaki wegańskie (od wielbicielki cynamonowego wierzchowca;). Tradycyjnie odbyła się też część charytatywna - w tym roku zbierano artykuły dla uchodźców - pod choinką złożono zatem całą masę zabawek, kosmetyków, ubrań i artykułów pierwszej potrzeby.
Wszyscy bawili się świetnie, Księżniczka była zachwycona, dzieciaki dostały słodycze, śpiewaliśmy kolędy...
Tak oto Kretowata weszła w nastrój świąteczny, a właściwie wjechała - nieco rozpaczliwym, ale jednak - kłusem;)

piątek, 12 grudnia 2014

Kretoekspress

Pamiętacie stary Teleekspress, gdzie ludkowie wychodzili ze szklanej klatki i czytali newsy z rolek "dalekopisów"?



No to teraz w wersji a'la Kret, bom strasznie zajęta ostatnio - oto siedzę na tle ściany oldskulowych telewizorów i zapodaję;)
PIK
Mamy światła na krzyżówce z 11-tką - poprawa bezpieczeństwa o jakieś kilka tysięcy procent i nareszcie można W OGÓLE przeprawić się na druga stronę tej rzeki aut!!!! Brawo!!! Dawno się tak nie cieszyłam z czekania na czerwonym!!!
PIK
W kiermaszu charytatywnym dla Kasi szkoła Księżniczki zebrała całe 4 tysiące złotych!!!! Brawo !!! dziękuję też Ataboh, która przysłała swoje rękodzieło na kiermasz;))) Kto jeszcze nie czytał o Kasi - zapraszam! W szkole był Tata Kasi i dziękował wszystkim za okazaną pomoc, co ja przekazuję dalej;)
http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2014/11/dziurawe-serce-kasi.html
PIK
Lista przebojów - piątkowe notowanie (dziś Kret zamiast Marka Sierockiego) oparte na tym, co można usłyszeć na niedalekim boydromie w czasie wieczornego tankowania:

Miejsce trzecie - kolejny sequel znanego przeboju "Jesteś szalona", tym razem nieco ostrzejszy - już słyszę te zapowiedzi na imprezach: "Od kochającego Sylwka dla jedynej Kasi":


Miejsce drugie - zdaniem Księcia Małżonka udana gra z konwencją, moim zdaniem - przecenia nieco zamierzenia realizatorów;))))


I miejsce pierwsze - jak najbardziej serio-serio - z dedykacją dla Mojego Osobistego Kominiarza - Riczi, to na wiosenny wypad Twoim nowym ścigaczem jesteśmy umówieni???;)

PIK
Złota czcionka - Praktiker na Franowie, Poznań:



PIK PIK PIK;) Odpikuję się;)


środa, 10 grudnia 2014

Dopalacz na specjalne okazje;))

Dziś rano biegnę sobie obowiązujące 4 kilometry przed wyprawą do pracy i co widzę?? O - o - ktoś tu biegał przede mną;)???




Pod domem Sąsiadka wybiera się do składu - i mówi: "Matkobosko, dziewucha, żeby tymu moimu sie co chciało, tak jak tobie się chce lotać"... o to to to - żeby nam się chciało tak, jak nam się nie chce;)))
Wieczorem, wypluta przez maszynę-miasto wracam jak pół-Kreta i zasypiam za kierownicą (dziś, niestety, bez PKP)... No i co wtedy? Zasnąć nie mogę, a tak ciepło, tak lulają stare amortyzatory Strzałkowe - "do wymiany" - słyszę w głowie głos MM-a;)
A zatem zagłuszamy sen i nierówną pracę na zakrętach - opuszczam przyłbicę, nastawiam kopię, daję łydkę moim mechanicznym koniom i w słabe radyjko Strzałowe wkładam to, dźwięk na maksa - OSTATNIA DESKA RATUNKU - działa wtedy, gdy inne zawodzą, zwykle po kilkuset ładnych kilometrach - polecam jako dopalacz - jeszcze legalny - korzystajcie:


Książę Małżonek nie śmie zaprotestować - nie słyszę jego interpelacji;))) Słuchanie wybiórcze - świetna sprawa, nauczyła mnie tej sztuki jedna pani;)

niedziela, 7 grudnia 2014

Kret a wybory Miss Polonia;)

Taka jestem ostatnio zabiegana;) Od ponad miesiąca sobie bowiem znowu biegam;) Nie mówię nic terapeucie, bo co  mam mówić, przecież zabroniłby mi od razu;) Ale - jestem już duża i krzywdy sobie nie zrobię;) Czegoś mi brakowało, tego świeżego powietrza, ruchu, na konie mogę teraz rzadziej, a poczułby człowiek wiatr na twarzy;) Niby to "lotanie" takie bezproduktywne, ale zima, gdy nie ma co robić na gumnie, w sam raz, gdy większość dnia na tyłku teraz się siedzi.
Tak naprawdę jednak zmusiły mnie konie;) czego to człowiek dla konia nie zrobi... Po prostu nie mogłam tak długo i swobodnie kłusować, jakbym tego chciała, brakowało tchu, pot lał się spod kasku - niedobrze, a tu półsiady, galopady, pogonie po wertepach w planach, trzeba się hartować, wyrabiać formę;))) No to biegam sobie i jestem naprawdę szczęśliwa. Żeby nie złapać kontuzji, bo co wtedy z jeździectwem??? - biegam metodą pewnego mądrego Japończyka. Nie forsownie, nie "z pięty", tylko leciutko, na śródstopiu, powolutku, za to dłużej. I wiecie co? I nic mi nie jest!!! Przy tej metodzie biegu, mogę biegać bez przerwy godzinę, wczoraj machnęłam osiem kilosów wieczorem i ... nic!!!! Żadnego bólu, żadnego dyskomfortu. A muszę mieć teraz parę, "skądś to trzeba wziąć" (jak mawia Krzysiu Ibisz).
Moją wzmożoną aktywność fizyczną odnotowano jednak na wsi natychmiast. Już są pytania i pierwsze wskazówki trenerskie: że za wolno, że za zimno, że jak to tak, po ciemku, że nie w deszczu przecież, że na wiosnę zostawić te sporty, że na koniu to tak, ale samemu biegać? Wuefiści w szkole Księżniczki też już dostrzegli i stawiają za wzór młodzieży, a młodzież i bez tego usportowiona - mijają mnie dziewczyny biegające, dublują na trasie, czasami nawet poczwórnie, ale ja nie na czas przecież biegam, jeno dla przyjemności... Jeden z moich domorosłych trenerów o mało do rowu z rowerem nie wpadł, gdy tłumaczył mi "z ręcami", że za wolno biegam i w ogóle do dooopy. Ale najlepsza była jedna z kobiet tutejszych, która jechała na przeciwko mnie któregoś ranka na rowerze i z daleka już krzyknęła:
- Co się pani tak mynczy!!!! I tak mispolonią pani już nie bydzie!!!!
Point taken. Nie będę, bo podobno w tym roku te wybory odwołali, czy jak;) 
Zadumałam się jednak głęboko nad wymową tych słów: po co się uczyć języka, skoro i tak nie będzie się nativem, po co czytać, skoro i tak wszystkiego się nie przeczyta, po co remontować ruinę, skoro i tak ruiną zostanie, po co leczyć zęby, i tak wypadną w końcu, po co myć włosy, i tak się ubrudzą, po co jeść, i tak będzie się głodnym, po co jeździć konno, i tak się spadnie, po co prowadzić bloga, i tak tego nikt nie czyta, po co sprzątać, i tak się nabrudzi...
Jest to moja ulubiona fraza ostatnimi czasy, często ją powtarzam, gdyż niesie jedną z moich ulubionych mądrości ludowych dotyczących tego, co się opłaca robić w życiu. Przenikliwość i głębia spojrzenia w połączeniu z szerokością perspektywy sprawia, że to, co ziemskie, nabiera właściwej proporcji wobec wieczności i znikomości ludzkiego istnienia. Imponujące spostrzeżenie. Dla takich odkryć właśnie - warto biegać;)))
PS. Idę do kuchni ugotować dziecku obiad, choć wiadomo, że Magdą Gessler nie zostanę;) Na szczęście;))))

Dla tych, co chcą spróbować, mimo, że nie mispolonią nie bydom:


Wiele radości z ćwiczeń na powietrzu;)

środa, 3 grudnia 2014

5 sekund z życia Kreta

Niestety, nie mam zupełnie czasu na nic, nie tylko na blogowanie! Dzisiaj był kiermasz dla Kasi, w pracy urwanie głowy, na folwarku same newsy, w domu zaskoczenie - dziś stanęła choinka, na dodatek ubrana w pierniki!!! - zupełnie bez mojej wiedzy;))) Dostałam wspaniałą końską niespodziankę rodem z "Lalki" i myślę, co przygotować na wigilię w stajni, na którą zostałyśmy zaproszone i cieszymy się niezmiernie;) Lektury mnie zasypują, kolejne terminy gonią, aktualnie, niestety, mój dzień wygląda tak:

(Osoby szczególnie wrażliwe na przeklinanie po angielsku proszę o zaniechanie oglądania tego filmu;)


Niestety, nie będzie mnie teraz więcej, a raczej jedynie mniej;)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

"Chora jesień..."

No i stało się - odczuwalna minus osiem...


Guillaume Apollinaire

Chora jesień

Chora i uwielbiana
Umrzesz gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan
Kiedy śnieżne zaspy
Okryją sady
Biedna jesieni
Umieraj w bieli i obfitości
Śniegu i dojrzałych owoców
Wysoko na niebie
Krogulce szybują
Nad nikłe niewiastki zielonowłose niksy
Które nie kochały nigdy
na dalekiej porębie
Zabeczały jelenie
Lubię jesienna poro lubię twe hałasy
Spadające na ziemię niezrywane owoce
I wiatr i rzewne lasy
Listek po listku wypłakujące
Liście
Pod stopą trzeszczące
Pociągi
Przejeżdżające
Życie
Upływające


sobota, 29 listopada 2014

Kretowata pisze sprostowanie;)

Przecież Tomek mieszka w Warszawie!!!! Co ja wypisuję, że w Lublinie!!!! Jakoś mi się ostatnio chyba mózg zaciemnia wraz z postępującą zimą. Bo i prawda - mam urwanie głowy, gdzie nie spojrzeć...
A w weekend będę wykańczać fanty na aukcję charytatywną dla Kasi. Bardzo dziękuję Ataboh, która podesłała swoje artystyczne cudeńka, żeby wspomóc Kasika - Ataboh, wielkie dzięki!!!! Muszę obrobić jeszcze zakładko-zawieszki i koniecznie dorobić kilka par kolczyków, bo wiem, że będzie zapotrzebowanie. Ludziska pytają o kolczyki, a ja nie mam NIC, więc w weekend wciągną mnie lakiery i porporina;)
Na folwarku niby ziąb, ale wcale nie jest nudno, a stan mojego gumna nieco się poprawił, odkąd ułożyłam drewno jak się należy. Kruczek zachowuje się jak kocisko - leży sobie na swoim legowisku albo pod dowolnie wybranym grzejnikiem i zażywa wczasu. Książę Małżonek już bez szemrania przejął pałeczkę palacza, bo "zamróz" niesłychany nagle zapanował, zwiastujący nic zapewne dobrego...
Dlatego weekend spędzę tam, gdzie "moje miejsce" - w kuchni;) Będę dekupażować w słusznej sprawie, popijać imbirową herbatkę i... przyglądać się, jak G. przyrządza różne pyszności.
Mam nadzieję, że pomoże mi to zebrać się trochę w sobie, bo zaległości mam co niemiara, więc trzeba się wziąć w garść, odrobinę przegrupować i ruszyć w nowy tydzień z otwartą przyłbicą;)
Tomka przepraszam raz jeszcze, żem go ze stolycy wygnała aż się dopiero w Lublinie oparł;))) To chyba znak ostatecznego zmęczenia lub... odwiecznego roztrzepania kreciego;) Tak czy siak - nieładnie, Kretowata, oj, nieładnie...
A oto piosenka na dziś, jutro i pojutrze - mmmm...


Pytałyście o zdjęcia mojego kochanego konika-facecika - oto on - najbardziej przutulaśny konik świata, z pięknym umaszczeniem, które zupełnie ginie w ponurym listopadowym świetle...



Miłego weekendu wszystkim, czy w stolycy, czy gdzie tam jeszcze;)