Popularne posty

poniedziałek, 20 października 2014

Julia i Kret;)

Jestem już w drodze niemalże, ale nie mogę Was tak zostawić z interwałem;)
Pojadę przez Kalisz, mój Kalisz, skąd i ta Piosenkarka, i jej słodka rodzina (w ich cukierni - Pływak - ciasto każdych moich urodzin;)
Za kropelkę Waszej krwi wyczarujemy Wam z Julią wszystko: konia z rzędem, kilka ton węgla na zimę, całą butlę gazu, połupiemy drewno, zakisimy ogórki, ogarniemy ogród, pozamiatamy gumno, załatamy dach, naprawimy rynny i postawimy nowy płot - bez podmurówki, żeby gmina się nie czepiała...
Niech sobie inni jeżdżą na bal, na Mleczną Drogę, my zostaniemy na naszej, nieutwardzonej, swojskiej, gdzie dziura za zakrętem, gdzie belami słomy zastawiamy się od śniegu, gdzie krzyż odmalowaliśmy na rozdrożu i gdzie się jedzie tam, gdzie straszy.
Mamy dla Was "cudów moc": piosenki, które mają wymienianych (!) autorów, które zapadają w pamięć kilkuletnich dzieci tak mocno, że na parę chwil przed podróżą logują się i... wstawiają je na swoje blogi;)
Mamy dla Was uśmiech, wiarę w człowieka, niczym niezmącony optymizm i zegar, który nie zatrzymał czasu, gdy nasza Wielka Szansa minęła - ale - nie marudzimy, nie narzekamy, idziemy naprzód i idziemy rysią, jak chorągwie u Sienkiewicza;)
Kto da nam krwi kropelkę, ten dojdzie bezpiecznie - podpisujecie cyrograf?;)
                                                                                                                      Julia i Ja;))))


niedziela, 19 października 2014

Interwałowy trening Kreta;)

No nie ucieknę od tematu, bo mam Siska - instruktorkę wszelkich sportów, rozchwytywaną specjalistkę o mięśniach jak Madonna, która tylko dlatego nie ma bloga, że nie ma na niego czasu, bo... trenuje (siebie i innych)... Inaczej - Chodakowska niech się schowa;) 
O interwałach słucham więc chętnie, bo zawsze coś nowego Sisek przywiezie, a samam przecie niegdyś wiele czasu spędziła na siłowni i salach wszelkiej maści "fitnesu", więc nie jest tak, że nie do końca nie kumam;) 
Ale - życie na wsi wymaga nieco innego treningu, więc i zdobycze nowej technologii sportowej można przystosować do warunków, w jakich żyję obecnie. 
Taki na ten przykład jeden dzień z życia Kreta - normalka: dziecko do szkoły, potem do pracy, potem z powrotem... Oto jak można to przekształcić w arcynowoczesny trening interwałowy, cross-trening, tabatę, czy co tam jeszcze istnieje, za co klientki mojego Siska płacą gruuubą kasę w recepcji klubu. W skrócie polega to na tym, że interwały szybkościowo-siłowe są pooddzielane fazami względnego spoczynku, przy czy  na ten przykład w tabacie zaczynamy pracę "na zmęczeniu", czyli tak jak u mnie:
1. Pobudka (Kruk budzi mnie o szóstej) i sprintem do drzwi, żeby go wypuścić na siku.
2. Krótki spoczynek zanim nie wstanie Księżniczka, a następnie interwał wstępny (górne partie ciała) - pompowanie czterech dętek, bo jak zwykle flaki, a następnie interwał spinningowy - na rowerze do szkoły i z powrotem, Zwykle "na życiówkę", zwłaszcza z powrotem, bo pociąg mi ucieknie. Muszę na rowerze odwieźć dziecko, bo musi na nim wrócić, a duży rower nie wchodzi mi do auta bez demontażu połowy samochodu, na co naprawdę nie mam czasu. 
3. Galopem do pociągu, a uprzednio interwał "rajdowy" (w zależności od czasu wyjazdu na pociąg mniej lub bardziej poprawny politycznie).
4. W pociągu tłum dziki, więc nie ma miejsca, trzeba stać, trzymając w obu rękach siaty z książkami, papierami, sprzętem i czym tylko - to wersja interwału łapania równowagi na bosu (stanie w telepiącym wagonie bez trzymanki) w połączeniu z jednoczesnym naprzemiennym unoszeniem kettlebelli (czyli siat i tytek ze wszystkim, co potrzebne w robocie).
5. Pociąg wjeżdża na peron 6!!!, bo niby dlaczego miałby wjechać na trzeci;) - a że 15 minut spóźniony, więc trzeba "nadrobić" kolejnym interwałem - galopem do roboty. Zaczynamy "na zmęczeniu", czyli jak w tabacie. Całe szczęście, że prunelki czekają dopiero w robocie, bo w pruneklach od razu spadają osiągi i czasu dobrego człowiek nigdy nie zanotuje. 
6. Regularne interwały w robocie, przedzielone treningiem sprinterskim po piętrach (winda jest szalenie wolna, zawsze zapchana, a na dodatek źle realizuje nosówki ["pierwsze pięęęętro"], co mnie dobija!).
7. Bieg na wieczorny pociąg powrotny, z interwałem szybkościowym na maksa, gdyż "wyjątkowo podstawiony został na peron 4a" - robi się naprawdę nieparlamentarnie... 
Całe to "obieganie" nowego dworca, tzw. "Poznań shitty center" jest niezłym treningiem obwodowym, wuefiści nawet nazywają to "obwód stacyjny", ale chyba nie do końca wiedzieli, że się tak zmaterializuje... 
Zamiast gryfów i sztang są zatem książki pobrane z biblioteki i zakupione wiktuały bez glutenu, a zamiast podwyższeń i stepu - całe mnóstwo stepów, bo schody ruchome tylko w jedną stronę (co wiadomo).
8. Sprintem do Strzały i wieczorny rajdowy odcinek specjalny, bo pies na pewno ciągle głodny. A jakże. Teraz szybkie, rytmiczne i opracowane w najdrobniejszych szczegółach czynności treningowe ogólnorozwojowe: jednoczesne wieszanie prania, sprawdzanie lekcji dziecku, wstawianie zmywarki, karmienie psa, prasowanie ubrań na następny dzień, pisanie bloga i załatwianie korespondencji bieżącej. Z równoczesnym bieganiem po podwórku, przynoszeniem drewna, paleniem w kominku, wynoszeniem śmieci, gotowaniem czegokolwiek... 
Interwałowość ta kończy się "zgonem" przetrenowanego zawodnika w okolicach północy. Byle do weekendu i rekreacji... W nocy śnią mi się konie, że jeżdżę, jeżdżę i w ogóle się nie męczę, A węgiel już się sam przerzucił. Niestety. Ostatnią sobotę zaczęłam od tego interwału siłowo -wytrzymałościowego, a potem pojechałam "rozluźnić się" na konie. 
A tam - zgadnijcie co? - "No to dzisiaj interwałowe przygotowanie do galopu" - i interwały w półsiadzie!!! Ludzie!!! Kłus jest spoczynkiem, a anglezowanie jest fraszką w porównaniu z tym półsiadem!!! 
A to tylko wybrane półtora dnia z treningu interwałowego Kreta - nie ma wszak jeszcze takich atrakcji jak odśnieżanie, a kopania w ogródku nie ma kiedy już wstawić w grafik, no i "końska trenerka" mnie jeszcze nie "wzięła do galopu", co się pewnie niedługo stanie... 
Tak czy inaczej - mogę każdemu polecić taki rodzaj aktywności, gdyż jest bardzo skuteczny i sprowadza zdrowy sen. Krasnoludków z szafy jednak nie przepędził, a w biodrach znów mi przybyło i teraz kupuję wyłącznie odzież, której nazwa zaczyna się od "luźna sukienka";)))
Ale nie przejmuję się, bo mam poczucie wytrenowania co się zowie interwałowego, a taki krostejning jak mój niejednego kulturystę by położył na łopatki;) Jeśli ktoś ma  potrzebę dodatkowego wzmocnienia efektów, może dowolnie dodawać do interwałów wysiłkowych ćwiczenia takie jak: dżamping, pajacyki, krokodylki, bieg bokserski, pompki, przysiady czy imitacje "skakanki" z silną pracą rąk. 
A teraz zasuwam do łóżka na zasłużony "resting". Kto przytył i zrzucić, jako ja, nie może niech sobie posłucha na dobranoc, o czym śpiewa ta pastelowa panienka, a śpiewa niesamowicie mądre rzeczy: "każdy cal twojego ciała jest doskonały od stóp do głów", "nie przejmuj się rozmiarem", "faceci lubią się poprzytulać do krągłości" i takie tam;)))


PS. Znikam na tydzień, wszystkim życzę przyjemności, ale służba nie drużba i interwał niezłej roboty wyjazdowej przede mną;) Buźka wszystkim!!!
PS. Za pomoc w pisaniu posta dziękuje Siskowi - to co, Sisek, następny interwał robimy w terenie na Magali i Balbinie?;)))

czwartek, 16 października 2014

Telefon do Kreta;)

Pamiętacie program z "telefonem do przyjaciela"? Ja mam wrażenie, że niekiedy mój telefon w różnych sytuacjach spełnia taką funkcję: nie wiesz, co robić? - dzwoń do Kreta!
Kret poradzi, Kret naprawi, Kret udzieli informacji, jak nie wie, to się dowie, a jak nie ma pojęcia, to i wykmini na odległość... Stąd nie dziwią mnie już żadne problemy zgłaszane przez telefon, No prawie żadne... Norma to poradnia językowa, ortograficzna, krzyżówkowa, z cyklu: "co przeczytać?" i "co ugotować?" Ale są też i kwiaty nie z tej ziemi.
Kiedyś na ten przykład o trzeciej nad ranem zadzwonił jeden z moich podopiecznych z pytaniem bełkotliwym, czy nie wiem czasami w której knajpie zostawił swój ulubiony czarny sweter.  Pewna znana scholka, podróżująca w znanym składzie też dzwoniła w zimowy wieczór, co mają zrobić, bo złapali dwie gumy naraz, a nie mają wcale zapasu;)))) - pamiętasz, Ania?;)))
Że nie wspomnę telefonów z domu do pracy, bo te są na porządku dziennym: "jak włączyć to czy tamto", "co zrobić, bo zgasło mi takie na pulpicie?", "jak otworzyć to czy tamto?", "gdzie może być owo" itd.
Dziś jednak, nieco po południu, odebrałam telefon z Paryża (sic!!!) od pana B., który prosił mnie bardzo o pomoc w... uruchomieniu pralki automatycznej! Ja mu na to, że pralka to nie "meserszmit" i że na pewno jakoś odpali, ale on - cały zaaferowany, że się boi, bo to nie jego pralka, a musi, no i prosi o pomoc zdalną. I co? Kret odpalił zdalnie pralkę w Paryżu, a co tam;))) A pan B, jest na marginesie... zawodowym kierowcą... Myślę, że mogę sobie wyszyć na ramieniu sprawność "praczka paryzka", jak w XIX wieku bywało;)
To przypomniało mi sytuację z pralką, którą kiedyś mieliśmy w mieszkaniu studenckim. Oprócz Kreta mieszkało tam jeszcze dwóch prawdziwych inżynierów (jeden od maszyn spożywczych, a drugi od wentylatorów), tego dnia był kolejny w odwiedzinach. Łącznie 3 inżynierów nie umiało odpalić prania, w związku z czym rozkręcili pralkę i wyjęli bęben, a następnie - nie stwierdziwszy uszkodzeń - wszystko złożyli (zostało im nieco części za robotę). "Pralka umarła, nie pobiera wody, zgon" - brzmiał wyrok, ale wtedy do domu wrócił Kret i... odkręcił kran za pralką!!! - działa, pobiera wodę, pierze!!! Brawo!!!

PS. Gdyby Kruk miał telefon, dziś zadzwoniłby wieczorem z rozpaczą w głosie i pytaniem: "Gdzie jest moje śniadanie i kolacja?" - bo Książęce towarzystwo zapomniało nakarmić psa... Na szczęście jużem w domu, pies wypełniony po brzegi jedzeniem spoczywa pod kominkiem (w którym Kret jakoś rozpalił, choć dzwoniono z pytaniem jak to zrobić, kiedy w ogóle nie ma cugu), a zapewne jakieś ważne pranie suszy się już na paryskim poddaszu - jak romantycznie... W tym nastroju Was zostawiam, życząc wszystkim dobrej nocy, bo muszę pilnie zadzwonić do... Taty;)

poniedziałek, 13 października 2014

Rolnik szuka żony (dla syna) w... PKP

Czas jakiś temu Książę Małżonek wracał z południa Wielkopolski pociągiem do domu. Na przeciwko niego siedział starszy pan, który gdzieś tak koło Pleszewa zapytał, czy Książę wysiada w Poznaniu. A Książę odpowiedział, że nie, że przed Poznaniem, bo mieszka na wsi. Na to tylko czekał straszy pan. Zaczęło się niewinnie:
- A czy pan zna na wsi jakieś tam u pana młode dziewczyny, panny na wydaniu, co męża dobrego szukają? - zapytał znienacka.
- A nie, bo ja tam mieszkam od niedawna, a poza tym jestem żonaty, to tak głupio o panny rozpytywać... - zmieszał się Książę Małżonek.
- A bo wie pan, ja to już nie dla siebie, ale dla syna żony szukam teraz.
I staruszek zaczął swoją opowieść o tym, jak to jedzie do szpitala, do Poznania, a na gospodarce syn został. Jego już i dom, i cała rola, gospodarka duża i zadbana, ładny sad, ogród, piętrówka, podwórze czyste, maszyny są jakie się chce, nawet kombajn, a co! Wszystko już na syna przepisane u rejenta, syn teraz już ma 36 lat i szuka żony. Ale sam nie wie, jak się zabrać do tego, wszystkiego razem niczego jeszcze nie wyszukał. No to on musi mu pomóc, bo przecież już chory, a wnuki by jeszcze chciał zobaczyć. Panna by musiała ze wsi być, bo tym z miasta to nigdy nie wierzy człowiek, czy coś do łba nie strzeli. Nie będzie musiała robić w polu, bo maszyny robią, a syn pracowity i nie leni się wcale. Tylko ugotować, dziećmi się zająć, bo muszą być dzieci, ogródek jakby chciała, to też jej zrobią, a jak nie, to trawkę posieją wokół domu i też będzie dobrze. A wieczorem do kogo zagadać, a samemu tak smutno, a dom taki cichy bez dzieci, a czy Książę ma dzieci? Bo on miał i kocha. A choćby i ona miała jakieś dziecko, to też pokochają, bo dziecko niczemu nie jest winne. A byle dobra była i byle na wsi lubiła mieszkać. To on by wtedy mógł ze spokojem umrzeć, jakby synowi taką pannę znalazł, więc niech Książę popyta na wsi, a jak kogo znajdzie, niech da znać (i numer mu naścibolił na bilecie). Bo żal na syna mu patrzeć. A i dom kobiecej ręki potrzebuje.
Książę wysiadł z tajemniczym uśmiechem. Od razu wsiadł do Strzały, w której jego żona, ta, co lubi na wsi mieszkać, kłóciła się ostro z "niewinnym" dziecięciem na temat wklejania organicznych żelków w zakamarki tapicerki. No, ciszy to u nas w domu/samochodzie nie ma prawie nigdy;) "Niewinne" dziecię następnie zaczęło głośno indagować w sprawie obiecanej zabawki, czy szanowny rodzic przywiózł czy nie, a jeśli nie to dlaczego nie i takie tam... Dopiero po powrocie Książę Małżonek zwierzył mi się z tej niezwykłej rozmowy.
- Gdzie masz ten bilet z tym numerem? - spytałam rzeczowo.
- Ty, a wiesz!! Ale ja głupi jestem - wyrzuciłem!!!

PS. Może to i dobrze, bo mój dziadek kiedyś poznał w celu matrymonialnym jednego swojego kolegę z jedną panną. Kolega powiesił się tydzień po ślubie.

PS2. Kto pamięta ten film, niech obejrzy, a kto nie pamięta, niech tym bardziej obejrzy!




piątek, 10 października 2014

Jak Książę się niczemu nie dziwi;)

Księcia Małżonka nie było w domu kilka dni. Miałam robić ciąg dalszy malowania, ale - nie wyrobiłam się, więc ta przygoda jeszcze przed nami. Ale załatwiłam wiele spraw gospodarskich, przy których Książę raczej przeszkadza niż pomaga, a zwykle i ponadto strasznie marudzi, więc lepiej to robić, kiedy go nie ma.
Wśród miliona pomniejszych czynności, zmieścił się i zakup węgla na zimę, a przynajmniej na jej początek. Węgiel przyjechał, ale nie został jeszcze przerzucony (mam na to cały weekend, jest go niedużo, więc bez problemu) i zalega w stodole na samym środku.
Gdy więc wczoraj wracaliśmy razem z miasta i Książę wypytywał, co tam w obejściu, zaznaczyłam, żeby wchodził ostrożnie do stodoły, bo jest tam niespodzianka: droga, ciężka i czarna. A on na to - zupełnie na serio i zupełnie spokojnie - odparł:
- No tak, koń.
I tu rozległo się westchnienie, ni to: "i co ja z Tobą mam", ni to: "to się musiało tak skończyć, więc dobrze, że już się stało". I zaraz dodał:
- Ale pamiętaj, że ja do tego konia nie podchodzę nawet, ja mu nie dam jeść, ja go nie wyczyszczę, ja się boję koni, jak pojedziesz to pracy to ja nie wiem, co będzie. A duży jest? I czarny? O Boże, Kret, nie można cię nawet na jeden dzień zostawić, co za nieodpowiedzialność! Teraz będziesz z nim tam mieszkać! Wiesz, ile koń zabiera czasu?! Kto ci go sprzedał? A w ogóle skąd wzięłaś tyle kasy???

Milczałam. Bo co tu powiedzieć. Zna mnie, szelma, jak zły szeląg. i wie, że Kret jest zdolny - do wszystkiego;)

PS. Bardzo żałuję, że nie kupiłam "tego" czarnego konia (no kto mówi o koniu "czarny"???), trochę Książę jednak był zawiedziony, gdy zobaczył, że to "tylko węgiel";))))))) Ale nic straconego, niedługo znowu wyjeżdża;)

środa, 8 października 2014

"Dziewczyna w piosence country";)

Taki tytuł ma pewna country song, którą ostatnio dostałam "w prezencie" mailem zza wielkiej wody;)
Bardzo dziękuję;)
I co? jak równouprawnienie, to równouprawnienie, nie?
Bardzo podoba mi się wajcha do "odwracania ról";) Życzę miłego wieczoru, ewrybodi;)


PS. Mój faworyt - hm... zgadnijcie który to;) A Wasi?

niedziela, 5 października 2014

Niedzielna "końska kruszonka" - mniam!

Dlaczego niedzielna? Bo zrobiona i zjedzona w niedzielę (bardzo młodą, bo między północą a czwartą rano). Dlaczego końska? Bo wymyślona na końskim grzbiecie;)
W ciastach zawsze przeszkadzało mi ciasto...
"A gdyby je tak zredukować?" - pomyślał Kret pracując usilnie łydkami nad przejściem ze stępa do kłusa...
I tak powstała nasza nowa "ulubiona pyszność" - ulubiona, bo mam już zamówienia na wszystkie weekendy zimy;) A to takie proste - żadnego ciasta: jabłuszka, kilka śliwek, a na wierzch klasyczna kruszonka;)
A jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia! Tyle tylko, że jest to tak pyszne, że po całej zimie obżarstwa nie dam rady wskrabać się na żadną kobyłkę;)
A byłoby szkoda - kto wie, co jeszcze wymyślę przy tym przykładaniu łydki?;))) Może proch?;)


Kruszonkę robimy tak: tyle samo masła, tyle samo mąki, tyle samo cukru;)
Wszystkiego smacznego na nowy tydzień!
PS. Dla Agniechy: kruszonka dochodziła w piekarniku, a ja w panice myłam wierzch kuchenki do zdjęcia (1.20 w nocy!!!) - żeby nie było;)

sobota, 4 października 2014

Kresy są wszędzie...

To jest moja osobista filozofia na temat kresów.

Są tam, gdzie coś się z czymś spotyka, czyli wszędzie. Są tam, gdzie można dobrych ludzi spotkać, czyli wszędzie. Są tam, gdzie czytać można w kilku językach, czyli wszędzie. Są tam, gdzie dzieci są najważniejsze, czyli wszędzie. Są tam, gdzie ludzie się kochają, zdradzają, przebaczają, czyli wszędzie. Są tam, gdzie jeden drugiemu nie zapomni, czyli wszędzie. Są tam, gdzie można coś zrobić, gdy się tylko chce, czyli wszędzie. Są tam, gdzie las jest przyjacielem i stróżem, obrońcą i domem, czyli wszędzie. Są tam, gdzie ptaki są najpiękniejsze, czyli wszędzie. Są tam, gdzie najlepiej  jest w domu, czyli wszędzie. Są tam, gdzie rytm jest najlepszy do życia, czyli wszędzie. Są tam, gdzie kobiety są na ogół mądre, a mężczyźni jak czasem, czyli wszędzie. Są tam, gdzie się ktoś nad psem zlituje, czyli wszędzie. Są tam, gdzie koty śpią najchętniej w oknach, czyli wszędzie. Są tam, gdzie zapach chleba uspokaja, czyli wszędzie. Są tam, gdzie geografia się już przeżyła, czyli wszędzie. Są tam, gdzie są konie, czyli wszędzie.

monotonnie koń głowę unosi
grzywa spada raz po raz rytmem
koła koła
zioła

terkocze senne półżycie
drożyną leśną łąkową
dołem dołem
polem

nad wieczorem o rżyska zawadza
księżyc ciemny czerwony
wołam
złoty kołacz

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp
mgława noc jawa rozlewna
wołam kołacz złoty
wołam koła dołem polem kołacz złoty

A może lepiej to zaśpiewać, bo kresy są tam, gdzie ludzie lubią śpiewać, czyli wszędzie;)


Miłego weekendu życzę wszystkim, na wszystkich kresach świata;)
 

czwartek, 2 października 2014

Co robi Kret? A z Owcą Rogatą się buja;)

Kretowata ostatnio ma wrażenie, jakby blogosfera przeniosła się do rzeczywistości;)
Dzisiaj na ten przykład Rogata Owca zawitała do Poznania i poszła z Kretem na spontaniczną herbatę z wiśniami. W wieeelkich kubkach, w których robi herbatę Kretowatej osobisty kolega z czasów, gdy on sprzedawał kanapki, a Kretowata  "tłukła" fonetykę. Dzisiaj on mam super knajpę i prywatny teatr, a Kretowata dalej "tłucze" fonetykę;) Ale o kubasach pamiętał, że im większe, tym lepsze;)


Na fotę załapały się perły Rogatej;)
Gadałyśmy jak najęte, bośmy się za sobą strasznie stęskniły, czemu czujnie przysłuchiwał się z góry Witkacy:

Miałam też przyjemność niezwykłą poznać samego George'a;) Potwierdzam, istnieje;)
Lecz jego pojawienie się oznaczało opuszczenie słodkiego klimatu kawiarenki:



i pożegnanie;)
Posłałam więc buziaka chłopakom z epoki i odprowadziłam Rogatą Owcę do auta:


Sama zabawiłam jeszcze trochę w mieście, gdyż... dobierałam czapsy;)))))))))) To tyleż przyjemne, co upierdliwe zajęcie;)
Kładę się spać, bo szczerze mówiąc, strasznie wyczerpujący okres za mną, a będzie tylko "gorzej";)
Miłego weekendu!
PS. Rogata, melduj się;) Dojechaliście???

poniedziałek, 29 września 2014

Lublin jest cool;)

Darujcie, ale nie mogę dojść do siebie po tym wyjeździe;) Z kilku powodów, a właściwie z miliona powodów;) Myślałam, że wszystko sobie to jakoś ułożę w głowie w czasie samotnej podróży powrotnej, ale gdzie tam - poznałam wspaniałą obywatelkę Chełmna, która raczyła mnie niesamowitymi historiami całą drogę, aż do Poznania prawie (a oprócz tego pierogami, których wiozła 400 (!!!) swojej córce) - więc wszelkie plany zawiodły.
Gdy wróciłam wczoraj po południu do domu - poszłam spać (uprzednio przetkawszy kompletnie zatkany zlew w kuchni), ale za nic nie mogłam zasnąć, bo musiałam odpowiedzieć na wiele pytań. A w końcu - zwłaszcza po obejrzeniu tych kilku zdjęć, które zrobiłam zanim padła mi bateria - rodzinnie podjęliśmy uchwałę, że ruszmy na wschód w następne wakacje! Książę Małżonek się zachwycił, Księżniczka takoż (pewien koń ma tu swój udział;), a mnie drugi raz nie trzeba będzie mówić.
Lublin mnie oczarował, powalił, uwiódł wielokrotnie, zakochałam się z miejsca i na zabój! Pobyt był tak intensywny, tak bogaty w doznania, emocje, doświadczenia i informacje, że mam absolutny mętlik w głowie i tylko czas zdoła to jakoś uporządkować.
Spotkanie Bloginiowe było zaś wisienką na torcie;)
Gosia znalazła mnie już dzień wcześniej, bo to detektyw niebywały;)))) Ale nie miałam wcale czasu, więc w sobotę dopiero przyszła po mnie i ruszyłyśmy w przyrodę;)))) Od razu znalazłyśmy CudArteńkę, która czekała w wiadomym miejscu, pod kapliczką, na dawnym cmentarzu cholerycznym;) Ja zmieniłam prunelki na sztyblety i pogalopowałyśmy w miasto!
A jakie to miasto... Głowa boli!!! Piękne, zachwycające, ma klimat galicyjsko-śródziemnomorski, a jedzenie dają tam takie, że to wymaga osobnego posta! Gosia - wykwalifikowany przewodnik - pokazywała nam wszystko i opowiadała niesamowite historie, a Arteńka nie pozostawała wcale dłużna, bo to też jej miasto poniekąd;) Słuchajcie - takich przewodniczek niech mi każdy zazdrości!!! Ważnym dla mnie szlakiem literackim obeszłyśmy Stare Miasto, a potem - zjadłyśmy różne pyszności i popiłyśmy grzanym piwem - lubelską specjalnością;) Potem Arteńka musiała iść na autobus w Bieszczady, a my gaworzyłyśmy jeszcze długo w knajpie żydowskiej, na bardzo słodkich deserach i bardzo pysznych herbatach.
Pstryknęłam kilka zdjęć.
Gdy wyruszałyśmy było jeszcze trochę jasno:


Marszowym krokiem zderzyłam się z pięknem tego miasta - nie byłam na to w ogóle przygotowana:


Gosia profesjonalnie oprowadzała nas szlakiem, który przyprawiał o zawrót głowy:



Nie obyło się bez literackościów: Gosia pokazała mi miejsce, w którym zginał Czechowicz, pomnik Norwida wypatrzyłam sama, były wiersze na murach i... na schodach: 


Z posępnej kamienicy spoglądał na mnie godny jak zwykle Kraszewski:


Na innej - coś dla dzieci:


Powoli zapadał zmrok, gdy wdrapywałyśmy się na zamek:


A potem schodziłyśmy w dół:


W końcu robiło się coraz bardziej klimatycznie:



Weszłyśmy na kolację, na którą były przewspaniałe naleśniki (gryczane, pszenne, żytnie, razowe - zawrót głowy) do pewnej arcysympatycznej knajpki:


Potem Arteńka pojechała w Bieszczady, a my - na deser do żydowskiej:


Gdzie podano nam cuda tak słodkie, że aż strach;)
A w herbacie była śliwowica;)



Zagadane, ani się spostrzegłyśmy, gdy zapadła noc - i magia Lublina ujawniła się w całej pełni:


A potem podjechała "zaczarowana dorożka", prowadzona przez męża Gosi i zawiozła mnie do hotelu;)
To było wspaniałe, nierealne, zupełnie nie z tej bajki... Gosia jest zdecydowanie pokrewną mi duszą, jako i CudArteńka, z którą zgadzam się też zodiakalnie;) Spotkanie było imponującym przykładem tego, jak mały jest świat, jak swój przyciąga swego i jakie można mieć pożytki z blogowania. Gosia jeszcze nie jest Bloginią, ale już niedługo;)))
Książę Małżonek wysłuchał wszystkiego cierpliwie, ucieszył się, że nie musiałam używać broni gazowej, po czym stwierdził, oglądając kartki Cud Arteńki, że każda blogerka "Musi być słodziutka i uzdolniona manualnie" - trafienie w środek tarczy, co nie?
Ja spotkałam Dziefczyny tak słodkie, jak cymes w żydowskiej herbaciarni;) A nadawałyśmy jak najęte, a śmiechu było co niemiara, a ile wrażeń, ile wspomnień, historii i niepawdopodobieństw!!!! Za wszystkie te wspaniałe emocje BARDZO WAM DZIĘKUJĘ!!!! I zapraszam do Wielkopolski;)
Podsumowanie jest tylko jedno - zanim załadujecie sobie ten film, bo za nic nie wchodzi z YT, proszę sobie teraz mnie wyobrazić w ludowym stroju wielkopolskim, jak wychodzę na tę scenę i śpiewam dokładnie to samo:

http://www.youtube.com/watch?v=o96xqcVUcUE

Trzeba zaśpiewać, jak słów brakuje;)