Popularne posty

poniedziałek, 29 września 2014

Lublin jest cool;)

Darujcie, ale nie mogę dojść do siebie po tym wyjeździe;) Z kilku powodów, a właściwie z miliona powodów;) Myślałam, że wszystko sobie to jakoś ułożę w głowie w czasie samotnej podróży powrotnej, ale gdzie tam - poznałam wspaniałą obywatelkę Chełmna, która raczyła mnie niesamowitymi historiami całą drogę, aż do Poznania prawie (a oprócz tego pierogami, których wiozła 400 (!!!) swojej córce) - więc wszelkie plany zawiodły.
Gdy wróciłam wczoraj po południu do domu - poszłam spać (uprzednio przetkawszy kompletnie zatkany zlew w kuchni), ale za nic nie mogłam zasnąć, bo musiałam odpowiedzieć na wiele pytań. A w końcu - zwłaszcza po obejrzeniu tych kilku zdjęć, które zrobiłam zanim padła mi bateria - rodzinnie podjęliśmy uchwałę, że ruszmy na wschód w następne wakacje! Książę Małżonek się zachwycił, Księżniczka takoż (pewien koń ma tu swój udział;), a mnie drugi raz nie trzeba będzie mówić.
Lublin mnie oczarował, powalił, uwiódł wielokrotnie, zakochałam się z miejsca i na zabój! Pobyt był tak intensywny, tak bogaty w doznania, emocje, doświadczenia i informacje, że mam absolutny mętlik w głowie i tylko czas zdoła to jakoś uporządkować.
Spotkanie Bloginiowe było zaś wisienką na torcie;)
Gosia znalazła mnie już dzień wcześniej, bo to detektyw niebywały;)))) Ale nie miałam wcale czasu, więc w sobotę dopiero przyszła po mnie i ruszyłyśmy w przyrodę;)))) Od razu znalazłyśmy CudArteńkę, która czekała w wiadomym miejscu, pod kapliczką, na dawnym cmentarzu cholerycznym;) Ja zmieniłam prunelki na sztyblety i pogalopowałyśmy w miasto!
A jakie to miasto... Głowa boli!!! Piękne, zachwycające, ma klimat galicyjsko-śródziemnomorski, a jedzenie dają tam takie, że to wymaga osobnego posta! Gosia - wykwalifikowany przewodnik - pokazywała nam wszystko i opowiadała niesamowite historie, a Arteńka nie pozostawała wcale dłużna, bo to też jej miasto poniekąd;) Słuchajcie - takich przewodniczek niech mi każdy zazdrości!!! Ważnym dla mnie szlakiem literackim obeszłyśmy Stare Miasto, a potem - zjadłyśmy różne pyszności i popiłyśmy grzanym piwem - lubelską specjalnością;) Potem Arteńka musiała iść na autobus w Bieszczady, a my gaworzyłyśmy jeszcze długo w knajpie żydowskiej, na bardzo słodkich deserach i bardzo pysznych herbatach.
Pstryknęłam kilka zdjęć.
Gdy wyruszałyśmy było jeszcze trochę jasno:


Marszowym krokiem zderzyłam się z pięknem tego miasta - nie byłam na to w ogóle przygotowana:


Gosia profesjonalnie oprowadzała nas szlakiem, który przyprawiał o zawrót głowy:



Nie obyło się bez literackościów: Gosia pokazała mi miejsce, w którym zginał Czechowicz, pomnik Norwida wypatrzyłam sama, były wiersze na murach i... na schodach: 


Z posępnej kamienicy spoglądał na mnie godny jak zwykle Kraszewski:


Na innej - coś dla dzieci:


Powoli zapadał zmrok, gdy wdrapywałyśmy się na zamek:


A potem schodziłyśmy w dół:


W końcu robiło się coraz bardziej klimatycznie:



Weszłyśmy na kolację, na którą były przewspaniałe naleśniki (gryczane, pszenne, żytnie, razowe - zawrót głowy) do pewnej arcysympatycznej knajpki:


Potem Arteńka pojechała w Bieszczady, a my - na deser do żydowskiej:


Gdzie podano nam cuda tak słodkie, że aż strach;)
A w herbacie była śliwowica;)



Zagadane, ani się spostrzegłyśmy, gdy zapadła noc - i magia Lublina ujawniła się w całej pełni:


A potem podjechała "zaczarowana dorożka", prowadzona przez męża Gosi i zawiozła mnie do hotelu;)
To było wspaniałe, nierealne, zupełnie nie z tej bajki... Gosia jest zdecydowanie pokrewną mi duszą, jako i CudArteńka, z którą zgadzam się też zodiakalnie;) Spotkanie było imponującym przykładem tego, jak mały jest świat, jak swój przyciąga swego i jakie można mieć pożytki z blogowania. Gosia jeszcze nie jest Bloginią, ale już niedługo;)))
Książę Małżonek wysłuchał wszystkiego cierpliwie, ucieszył się, że nie musiałam używać broni gazowej, po czym stwierdził, oglądając kartki Cud Arteńki, że każda blogerka "Musi być słodziutka i uzdolniona manualnie" - trafienie w środek tarczy, co nie?
Ja spotkałam Dziefczyny tak słodkie, jak cymes w żydowskiej herbaciarni;) A nadawałyśmy jak najęte, a śmiechu było co niemiara, a ile wrażeń, ile wspomnień, historii i niepawdopodobieństw!!!! Za wszystkie te wspaniałe emocje BARDZO WAM DZIĘKUJĘ!!!! I zapraszam do Wielkopolski;)
Podsumowanie jest tylko jedno - zanim załadujecie sobie ten film, bo za nic nie wchodzi z YT, proszę sobie teraz mnie wyobrazić w ludowym stroju wielkopolskim, jak wychodzę na tę scenę i śpiewam dokładnie to samo:

http://www.youtube.com/watch?v=o96xqcVUcUE

Trzeba zaśpiewać, jak słów brakuje;)

czwartek, 25 września 2014

Lublin wzywa...

Gdy cały świat będzie słodko spał, a Księżniczka i Książę Małżonek w szczególe - ja będę zmierzać na wschód;) A że ze wszystkich kierunków ten jest najmniej przewidywalny - będzie ciekawie;) Mam brązową walizkę, stosik książek na drogę, doborowe towarzystwo i - jaki finał: Gosię i CudArteńkę na mecie - na żywo!!!!
Temu, kto teraz powie, że jest sceptyczny wobec sieci, że w niej samo zło - dam w mordę w imieniu nas wszystkich;) A umiem, bo mnie Sisek nauczył paru chwytów;)
Nie wiem, jak to się dzieje, ale od czasu do czasu czytelnicy mojego bloga POTRAFIĄ ZASKOCZYĆ;)
Jutro skoro świt zatem zmierzam do kolegów i koleżanek z Lublina, na którą to intencję byłam dzisiaj NAWET  u fryzjera;))))) Wyglądam dzisiaj jak Rita Hayworth, a jutro zapewne jak zmokła kura mojego Taty;)
Na koniec kilka przestróg Księcia Małżonka:
1. Weź gaz - nigdy nic nie wiadomo.
2. Nie ufaj obcym - nigdy nic nie wiadomo.
3. A te twoje internetowe koleżanki to kto? - nigdy nic nie wiadomo.
4. Pamiętaj - nie rozmawiaj z obcymi - nigdy nic nie wiadomo.
5. Uważaj na bagaż (- siuńda ksiunżek!) - nigdy nic nie wiadomo.
6. Jak nam smutno tu będzie - nigdy nic nie wiadomo.
7. Co my tu będziemy jeść? - nigdy nic nie wiadomo...

8. Jazda konna mi przepadnie - no to już moje słowa - kurde flak!!!!

Ale nic to  - jadę - jutro start 4.00 rano!!!
Nie mogę się doczekać spotkania i tego Lublina, który w opowieściach G. jest zawsze jakąś "ziemią obiecaną", a G. wie, co mówi...

No i ktoś jeszcze będzie czekał... mam nadzieję, ze tym razem nie zje żadnej książki...

To dla Kruczka - wrócę i się pobawimy;)


PS. Zostawiam rzeczywistość kretoidalną samopas - Bóg jeden wie, co zastanę po powrocie;)
http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2013/06/rzeczywistosc-kretoidalna.html
Do zobaczenia zatem, bo nigdy nic nie wiadomo;)))

środa, 24 września 2014

Przymrozek i Lublin;)

Matkobosko! Już wczoraj coś było w powietrzu... Wieczorem pies garnął się do chaty, nie chciał nawet zostać na tradycyjne pogwarki z kolesiami, Książę Małżonek zapytał: "Czy jest w tym domu coś takiego jak koc?" - co należy do rzadkości, bo jemu zawsze gorąco i duszno, Księżniczka zażądała termoforu do łóżka, a ja ugotowałam zupę pięcioprzemianową z grubą kaszą i imbirem... Oj, zimno chyba idzie...
A u nas ani węgla, ani drewna;)
Rano wstajemy - Księżniczka pyta: "Mamo, a nie było dzisiaj przymrozku?" ja na to: "Dziecko, coś ty, gdzie tam, jeszcze nie czas przecież..."
Wychodzimy za 5 ósma, a tu - zonk!!!! Auto pobielone i skrobać trzeba!!! A było wstawić do stodoły, to się nie chciało;) A gdzie skrobaczka???? A gdzie??? Równo z dzwonkiem - ale zdążyłam;) Potem Księcia na stacyjkę - "A ogrzewanie włącz" - no - porobiło się;))) Gdzie to lato??? Gdzie te plusowe (!) temperatury??? Teraz niby ładnie, ale to wiadomo, co będzie wieczorem, a drewno dopiero  jutro przyjedzie...
Musi nadjechać, zanim ja wyjadę, bo jeszcze muszę je ułożyć i zarządzić co trzeba. Jak na ironię, gdy wracałam do domu Radio Strzała zapodało coś takiego, no bardzo na czasie;)



Na koniec taki pomysł: jadę do Lublina, służbowo i do pracy, ale już w sobotę wieczorem mam czas od jakiejś 17.00 - 18.00. Wracam dopiero raniutko w niedzielę. Dziefczyny - która ma ochotę iść ze mną na jakąś kawę/spacer/herbatę/lody/drinka w Lublinie??? Nigdy tam nie byłam (WSTYD!!!) - planuję zatem w ten wieczór trochę się przejść i szukam wsparcia;) Są chętni?
Jeśli ktoś ma ochotę - czekam na maile do czwartku wieczorem. Może się uda;)

poniedziałek, 22 września 2014

Pełen cytatów post dla Gorzkiej Jagody

Wykosiłam dzisiaj całe gumno (jak powiedziałaby Hana) na błysk, co nieodmiennie dziwi niektórych:
"Dlaczego ty kosisz? Dlaczego ty coś ciągle w tej stodole dłubiesz? Dlaczego ty tyle malujesz? Dlaczego ty tak spacerujesz? Dlaczego ty tak często sobie do lasu łazisz? Dlaczego ty tak z tym psem się uganiasz? Dlaczego ty na te konie teraz wsiadasz?" Ogłupiała baba! "Ni mo co robić w dumu!"
Ogłupiała??? Nie. Mam potrzebę ruchu po prostu. Może moja sprawność nie jest taka, jak mojego Siska - instruktorki wszelkich sportów i maratonki, ale jest znośna. I jest. Bo mam potrzebę ruchu! A są tacy, którzy nie mają takiej potrzeby w ogóle - albo szczątkowo, tylko raz na hohoho wychodzą - patrz Książę Małżonek. On może całymi dniami siedzieć w chałupie - słońce czy deszcz - nieważne! On siedzi. A na quasi-tarasik wylega od wielkiego dzwonu.
A ja na odwrót - latem tam mam biuro, kompa, telefon, książki - a do domu ściągam na noc;) Bo mam taką potrzebę. Potrzebę powietrza, ruchu, spaceru, przestrzeni, pracy fizycznej, zdrowego zmęczenia.
Kupując chałupę, kupiłam sobie wybieg po prostu! Jak koń, muszę ileś tam godzin dziennie połazić sobie we własnym tempie po pastwisku;)
Nie zawsze tak było - kiedyś poranki spędzałam w klimatyzowanym klubie fitnes-szpanes, biegając na bieżni niczym chomik w kółku i popijając napoje izotoniczne. Miałam wtedy ciało modelki (raczej przykrótkiej, ale zawsze), za to ile nawdychałam się bakterii z klimy i chemii z wykładziny to już moje;) Ile zgarnęłam bakterii z maszyn do wyciskania i ile musiałam znosić pierdnięć kolegów ze strefy wolnych ciężarów - wiem, tylko ja;) Dzisiaj, kiedy pierdzi pode mną koń - jakoś dużo łatwiej mi nad tym przejść do porządku dziennego;)
Gorzka Jagoda pisała kiedyś o potrzebie pracy fizycznej, że "ustawia" ona dobrze perspektywę człowiekowi - zgadzam się z tym absolutnie, podobnie jak zgodziłby się Norwid, z którym ostatnio znowu sypiam. "Praca ręczna", jak on by to powiedział, uzmysławia człowiekowi jego miejsce w świecie, uczy pokory, szacunku, mozołu, daje radość, a niekiedy - szybki efekt. Gdy za długo pracuję głową, zaraz muszę rękami;) A gdy ręce się zmęczą, można popracować nogami - na spacerze z psiskiem;) Latem koszenie, ogród, jesienią grabienie liści, zimą - odśnieżanie, na wiosnę - znowu ogród... Im jestem starsza tym bardziej cenię naturalne formy ruchu na świeżym powietrzu.
Sisek melduje mi, że w klubach, w których pracuje (a jest - słuchajcie - rozrywana!!!) klientki nie wierzą już w zajęcia "bez sprzętu". Ludzie pragną "sprzętów" coraz wymyślniejszych, coraz dziwniejszych, nowszych: bosu, duże piłki to już do lamusa, teraz ćwiczy się na trapezach, a zamiast spacerów jest "indoor walking" na specjalnych maszynach. Sisek ubolewa, bo wie, że można utrzymać ciało w dobrej kondycji tylko przy pomocy swojego ciała;) A te panie, co zeszły właśnie z trapezów nie potrafią dobrze wykonać podstawowej pompki czy przysiadu;) Już nie zumba, teraz jakieś inne coś jest na topie, nawet nie pamiętam już co;) A gdzie kontakt z ciałem? Gdzie wsłuchanie się w jego sygnały? Ciało ma nas słuchać, ma być gotowe, ma być zawsze "ready" - w ten sposób trening siłowy wykończył mi kręgosłup... Za dużo słuchałam trenera, za mało siebie;) Każda nowa maszyna pociągała mnie bardziej niż ta starsza, a bieżnia musiała chodzić szybciej niż u sąsiadki;)
Dzięki Bogu, ten etap mam za sobą. Naturalnie, bez napinki - moje ciało ćwiczy co chce i kiedy chce - rower, konie, spacery, koszenie trawy, odśnieżanie, rąbanie drewna, struganie desek, przerzucanie węgla... Mam kilka kilogramów więcej i biceps, który na siłowni by wyśmiano - ale jakoś mi to nie przeszkadza. Bo oprócz "efektów" mam coś więcej: autentyczną potrzebę ruchu. Ciało samo wie, kiedy chce powietrza, zmęczenia. Dostarczyć to można w sposób naturalny. Wtedy nie będzie kontuzji;) A ile przyjemności! A jak do kosiarki dodamy fajną muzę na uszach, to i potańczyć można, co dzisiaj byłoby powodem kolizji drogowej w mojej wsi (bo się kierowcy zapatrzyli w mój taniec z kosiarką na rajkach;)
Gorzka Jagodo, pozdrawiam Cię najmocniej w imieniu swoim i Norwida, którego nie będę cytować werbalnie, bo wszyscy to robią, więc ja już nie muszę;) ja zacytuję plastycznie;) I obiecane fotki z jesiennego ogródka. Pelargonie - w Norwidowym odcieniu, moim ulubionym:


I sam Mistrz:

Hortensje już przekwitły i malowniczo sobie są (w tle Krukowaty):


Octowiec wyrósł i zaczyna się przebarwiać (w tle płot):


Reszta lata zaklęta w słonecznikach (w tle stodoła):


Kilka z nich przyniosłam do domu, do świeżo malowanego pokoju (w tle Białoszewski):


W trawie, którą wykosiłam, znalazłam jeszcze taką śliwkę - od razu w płynie, bo to wiejskoczarodziejskie miejsce przecież (w tle wykoszone gumno):


Teraz zatem, po zdrowym zmęczeniu na powietrzu, alkoholowa śliwka w płynie przed kolacją. 
I - żeby zacytować kolejnego "klasyka": "hrehrehre";))))))) Miłego tygodnia.

PS. A oto muza, do której tańczyłam dzisiaj, kosząc trawnik:

niedziela, 21 września 2014

Książę Małżonek robi wejście smoka i śpiewa;)

Malowanie piątkowo-sobotnie wcale tak gładko nie poszło;) Były różne "nieprzewidziane trudności", jak np. to, że sufitowe szpachlowanie prawie w całości złuszczyło się na mokro i spadło na podłogę, natychmiast się tam przysychając na fest... Katastrofa została jednak jako-tako opanowana, wieczorem położono podkład, a od siódmej rano w sobotę - samą biel;)
Przedtem też było biało, ale już nie tak bardzo ostatnimi czasy, bo cztery lata palenia w kozie, robót remontoto-budowlanych, czyszczenia komina, przekuwania komina etc - wszystko to się na tych ścianach odbiło. I zostanie dla potomności tu i ówdzie, bo - co zrozumiałe - wielka biblioteczka trzydrzwiowa i szafa stara jak sam świat, pełna ciuchów wraz z krasnoludkami zostały na miejscu. Obmalowałam je jedynie wkoło i gites;)
Czekałyśmy w napięciu na ten moment, gdy książę wejdzie do domu. Zlądował koło północy dopiero, doszczętnie zmordowany. Wszedł do pokoju i mówi: "Coś jest inaczej. Inne zasłony powiesiłaś. O - co to?? Ściany pomalowałaś????? Ale dlaczego??? No jest biało, ale przedtem też było biało - nie? Zupełnie niepotrzebnie. Dobrze, że mnie tu nie było."
Efekt jest widoczny zatem bardzo, bardzo.
Przy pokoju teraz kuchnia wygląda jak czarna nora... Ale spoko - za dwa tygodnie Książę Małżonek jedzie do Krakowa na trzy dni - wtedy planuję też nie tylko malowanie, ale i - w końcu!!!! - położenie płytek na ściany!!!! Kupione płyteczki czekają już trzeci rok na "dogodny moment";))) To się doczekają, bidule w końcu.
A ja dzisiaj czyściłam kopyta - acha!!! Pod czujnym okiem 14-latek z klubu jeździeckiego;) Bardzo fajna lekcja. Mają dryg dydaktyczny, brawo za pytanie: "A jak u pani z siodłaniem? Sprawdzimy..." - no i dobrze, że sprawdziły, bo za nisko czaprak położyłam;)) Ach... te konie, co one w sobie mają, cholery jedne...
Książę Małżonek cały czas ma ze mnie ubaw, i w kółko śpiewa mi to:


A szczotkowałam w kłębie dzisiaj i to zdrowo, bo się ktoś wytarzał nieźle;)))
Pozdrawiam i śpiewająco życzę miłego tygodnia: "Koniu nisko zwisa ogon, koń ma jakąś taką głębię..."

piątek, 19 września 2014

Następna doba będzie krytyczna;)

Uwaga, uwaga!!! Czytelników o słabych nerwach prosimy o nieczytanie;)
Wdrażam plan, który powstał jeszcze wiosną - Książę Małżonek wybył dziś rano do stolycy, a jego pociąg na pewno już opuścił Wielkopolskę... Więc... Co robi Kret????
Malowanie naszego pokoju!!! Cztery lata palenia w kominku dało się ścianom we znaki... Książę nigdy by się na to nie zgodził, ale od czego Krecia robota?
Słuchajcie - od tego momentu mam czas do jutrzejszego wieczora... Zdążę???
No - kurnaolek - nie mam wyjścia;) Jak dam radę jeszcze wszystko poustawiać na nowo, jest szansa, że Książę w ogóle niczego nie zauważy;)
Zatem do dzieła!!! Zapuszczam mjuzik, rozładowuję auto, w którym czeka już ulokowany produkt:

I do roboty!!
Trzymajcie kciuki! Za dwie godziny ze szkoły wraca "pomocnica" - oj, będzie się działo;)
Wyłączam stanowisko komputerowe, od tej pory tylko smarkfon;)
Liczę na wsparcie;)
Co tu zapuścić sobie na dziś? A może to?
No to jazda;)

wtorek, 16 września 2014

Sherwood czy Kretwood?

Krookwood;)
Nie ma to jak poranny spacer w lesie - z psem, naturalnie. Właściwie - im wcześniej się wstanie, tym lepszy. Mokro, jeszcze trochę ciemno, a na twarzy osiadają kolejne pajęczyny...
Zawsze ten lasek przypomina mi filmowy Sherwood z adaptacji Robin Hooda z czasów zamierzchłych... Kto zatem pamięta ten film i tę melodię - proszę ze mną. Nie od dziś wiadomo bowiem, że mam rude włosy, kręcone w mnóstwo pierścionków, długą, szafirowa suknię i tiarę na bladym czole córy Albionu;)





Pamiętacie? Najlepszy Robin ever;)


Dobranoc. Niech Wam się przyśni Krookwood;)

poniedziałek, 15 września 2014

Sposób na hejtówę;)

Ostatnio spotykam się z dywanową wręcz krytyką mojego stylu życia, sposobu wychowania dziecka, warunków mieszkaniowych (!?!), zasad dietetycznych, a nawet wyboru współmałżonka. Krytyka ta szerzona jest żeńskimi kanałami podskórnymi, jest to "krytyka szeptana", "ukryta", "zakonspirowana"... Nie twierdzę, że mam to w doopie, no dobra, twierdzę: mam!
Zanim jednak osiągnęłam ten poziom, nieco się poprzejmowałam;) I po co? Hejters gonna hejt! Czy nie lepiej w niedzielę wstać rano i zamiast, jak rasowa hejtówa, nabijać się w rajstopki i zakręcać włosy lokówką, wdrożyć taki plan:


Wsiąść do auta i pojechać mały kawałek. W samochodzie śpiewać na całe gardło:


Potem wysiąść. Powoli wejść do stajni, gdzie już czeka moja nowa koleżanka:


No to idziemy na lekcję, wytrzęsiemy wszystkie smutki:


Taka piękna jesień, hejtówy!!! - trzeba korzystać z pogody, zamiast gapić się w tefaueny! Czego i Wam życzę na cały nowy tydzień. Amen.
PS. Do pełni szczęścia hejterek, aby w 100 procentach być "kompletną wariatką", brakuje mi tatuażu - hm... jakieś sugestie???;)))) Książę Małżonek twierdzi, że też sobie zrobi, zatem może jakiś "motyw podwójny";)))))

czwartek, 11 września 2014

Jak Kret został nagle, acz spodziewanie, hodowcą drobiu;)

Jak wszystkim zapewne wiadomo, Mój Ukochany Tata jest hodowcą drobiu - amatorem tego sportu został przypadkowo, bo całe życie nie znosił kurowatych, a ich nędzną obecność tolerował jedynie w rosole. Od kiedy jednak ma swoje stadko - oszalał kompletnie na punkcie niosek, które karmi zgodnie z regułami wszelkiej sztuki, a całe lato suszy im pokrzywy na zimę;) Kury dzielnie się odpłacają, zaopatrując nas w jajka. Świeże, żółciutkie, pachnące wolnym wybiegiem i świeżymi delikatesami. To są naprawdę szczęśliwe kury;)
Tak wspaniałe wyniki hodowli zachęciły Tatę do eksperymentów na innych polach pracy ze zwierzętami, ma zatem teraz i króliki, i gęsi. Namawiamy go na kozę, a on pewnie z czasem ulegnie...
Problem zaczyna się wtedy, gdy chciałby sobie gdzieś wyjechać, co czyni rzadko, ale czasem jednak czyni. Tak, jak i teraz. Uczynił. Pojechali sobie, a ja spakowałam Kruczego i dziś przybyliśmy w charakterze dame et chien de compagnie do mojej Babci. Gdy wysiadłam zatem na rodzinnym podjeździe byłam już właścicielką, tymczasową, co prawda, ale zawsze: 15-tu kur niosek, 9-ciu gęsi i 5-ciu królików, czy też królic - nie wnikałam. Kruczkowi najbardziej podobają się te gęsi, bez wzajemności zresztą.
Kury się mnie boją, mimo wszystko wieczorem zebrałyśmy 7 jajek, nie lubią mnie gęsi - syczą jak oszalałe;) A króliki mają duże uszy i chowają się głęboko w klatkach, gdy podchodzę. Dziwne, bo Tata je głaszcze po pyszczkach. Hm...
Potencjał w postaci niezagospodarowanej cioci stanowi w przyrodzie lukę, którą natychmiast trzeba wypełnić, po "oprzątnięciu" czeredy zwirzów zatem spędziłam wieczór w towarzystwie siostrzenicy.
Teraz kury już śpią, śpi już Babcia, która wyleczyła resztki mojej niedyspozycji żołądkowej jedynym słusznym lekarstwem (jak można się domyślać o dwucyfrowej zawartości oktanów), śpi już pies Kruczek, z którym właśnie wróciłam z patrolu powierzonej naszej opiece posesji. Mam nadzieję, że spokojnie śpią też gospodarze, pewni, że po powrocie zastaną wszystkie swoje zwierzęta w komplecie i w jak najlepszej kondycji;) Nie ma to jak zrobić opiekunem hodowli wegetariankę;) Jutro może poczytam coś kurom, to mnie może bardziej polubią;) Ciekawe, ile jajek będzie;)
Dobranoc. Takie wielkie gospodarstwo wykańcza...
Może uda mi się jutro zrobić im jakoweś zdjęcie;) Dzisiaj nie zdążyłam...

wtorek, 9 września 2014

Damskie siodło i szezlong

Obiecałam post o damskich siodłach i amazonkach. Jako początkujący bardzo jeździec zupełnie sobie tego nie wyobrażam, ale podobno to jest możliwe, a nawet - całkiem przyjazne i bezpieczne! Ale jak to zrobić? To już większy problem, potrzeba dużo ćwiczyć i mieć z kim;) Jak zwykle w takich razach pomagają Anglicy - najlepszym specem dziś od damskiej jazdy jest Roger Philpot z Londynu.
 http://www.ridinglondon.com/about/the-experts/roger-philpot/
Ale i u nas jest coraz lepiej i coraz więcej kobiet jeździ w tym stylu, choć - dalibóg - jak??? - tego jeszcze dociec nie potrafię;) Niektóre historie amazonek z chorym kręgosłupem, po operacjach, takich, które myślały, że już nigdy na konia nie wsiądą, zadziwiają - jeżdżą po damsku i mają się dobrze! Co tam! - skaczą!
Wspaniałe jest tu zaangażowanie naszej polskiej "naczelnej amazonki" - Joli Lipki i jej Stowarzyszenia! Wejdźcie tam i poczytajcie, pooglądajcie też!!! Te wspaniałe stroje i woalki wciąż żyją i są w użyciu!
http://wdamskimsiodle.org/?cat=2
Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś do poczytania nie wykopała fajnego;)
I oto takie fragmenty z dziełka angielskiego ujeżdżacza z końca XIX wieku:
"Giętkość powinna być nieodzowną cechą amazonki; nabyć ją można przez przyzwyczajenie się do konia, a także przez niektóre ćwiczenia przedwstępne, z których najlepszem jest taniec".
No to przecież oczywiste - czy ktoś widział amazonkę, która nie umie dobrze tańczyć??? Jakkolwiek dobrze sprawowałaby się jednak na parkiecie, nie zdoła sama wsiąść na siodło damskie, a przynajmniej nie mogła robić tego w XIX wieku, gdyż nie było to "godne wsiadanie". Aby wsiąść bowiem trzeba albo wskoczyć najpierw, a potem się instalować - dzisiaj możliwe, albo mieć schodki, podest, wreszcie - tak!!! - to ten moment!!!: podsadzającego ją mężczyznę;)))) Szkół podsadzania było kilka, zależnie od zażyłości, jaka łączyła dwoje ludzi i tak, jak mógł podsadzić mąż czy kochanek raczej nie mógł zwykły chłopiec stajenny;) Ach! Ileż scen literackich staje się teraz jaśniejszych!!! Jak wiele ten moment wyraża, jakie uczucia budzi! "Neutralne" podsadzania też są różnego rodzaju, każdy ujeżdżacz ma swój sposób, nasz Anglik też, ale nie będę tu tego wszystkiego cytować, bo to są szczegóły, choć arcyciekawe;)
Ale ad rem!
Zanim amazonka nie umieści się w siodle, nie można puścić nie tylko konia, ale i jej stóp! Wyobrażacie sobie!!! - trzeba trzymać kobiece stopy!!! - w czasach, kiedy nogi były największym fetyszem męskiej wyobraźni!!! Aby nie spaść, gdyby koń uskoczył, należało szybko obciągnąć kieckę i przełożyć nogę przez kulę, dopiero wtedy dosiad był stabilny i nie groził upadkiem.
A zsiadanie!!! Toż dopiero gratka!!! Nie wolno bowiem "zeskakiwać z konia", lecz należy się z niego wolno zsuwać, uprzednio podawszy dłonie zsadzającemu, co zrozumiałe dziś ze względu na stawy skokowe, wówczas było właściwe ze względu na formy. Choć ilekroć musiały być przekraczane, gdyż słyszymy takie oto napomnienia:
"Najczęściej się zaś zdarza, że kobieta rzuca się z siodła,kawaler ją łapie, chwytając za kibić, a nie mogąc jej utrzymać na wyciągniętych ramionach, pozwala zsuwać się jej po sobie. Jest to nieprzyjemne, niezręczne i mało przyzwoite." - a to kłamliwy, zimny Brytyjczyk;))))) Czy czujecie ten klimat??? Czy wyobraźnia działa??? Toż to wirujący seks, normalnie rozpusta w terenie! Każda amazonka, nawet gdyby ją tylko wsadzić i zsadzić, staje się natychmiast obiektem pożądania;)
A przecież są jeszcze różne inne podsyczacze wyobraźni męskiej: przede wszystkim szpicruta, która jest obowiązkowa, gdyż z prawej strony zastępuje łydkę i pomaga sterować koniem, a poza tym strój! Strój, który jest arcyważny, który zmieniał się w samym XIX wieku kilkakrotnie, a który  jest do dziś obwarowany wieloma prawidłami i zasadami. Kilka zdjęć starych rycin dla poglądu, jak wyglądać mogła amazonka, w samym tylko XIX wieku:
Kobiety, dzięki zmianom w konstrukcji siodła w XIX wieku od dawna już polowały i galopowały:


Wyglądały zawsze stylowo - niezależnie od mody - wiek XIX w przekroju - tutaj empirowo:

Tutaj - "romantyczne lwice":


A tutaj - posągowe "pozytywistki"


Jednak od zawsze był to sport "rodzinny";)

Kroje strojów oczywiście zmieniały się częściej niż "epoki literackie", ale taki podział wydaje się wystarczający na początek.
Zawsze jeździectwo w takim stroju było sportem ekstremalnym, zawsze generowało wiele wypadków - głowy nie chroniło nic poza kapeluszem i woalką, a nogi były zaplątane w metry materiału! Gdy podczas upadku spódnica zahaczyła się o kulę lub strzemię  kobieta była wleczona dowolnie przez konia, choćby nawet zdołała się wyplątać ze strzemienia (przy damskim siodle jest tylko jedno). Dzisiaj zatem spódnice do jazdy są tylko symboliczne, a do skoków zakłada się kask...
W XIX wieku kiecki musiały obowiązkowo przykrywać wszystko i malowniczo zwisać z konia, były dłuższe z jednej strony, co podpinano do chodzenia. Wszystkie te fałdy i draperie wyglądały bardzo malowniczo, ale były szalenie niewygodne, nie wspominając o tym, jak ciężkie się stawały w deszczu;) Pławienie konia odpadało, no chyba że nago;)))
Do takich brewerii jednak nie dochodziło zbyt często. Częściej zdarzały się inne przypadłości: stłuczenia, złamania, skręcenia, ale i po prostu otarcia, odgniecenia i rany spowodowane złym ubiorem. Przywołajmy ponownie naszego Anglika. Pozwólcie na dłuższy cytat, bo ciuchy z wieku XIX to mój konik;)
"Kobiecie na koniu bardzo łatwo się skaleczyć. najmniejsza fałda w ubraniu powoduje obtarcie. Do dłuższej jazdy, zwłaszcza do polowań, radzę nakładać zamiast koszuli, półkoszulek z bardzo cienkiego materiału, przewiązując go w pasie. Kołnierzyk i mankiety powinny być przyszywane, a nie przypinane szpilkami, które nie trzymają się na miejscu, wypadają lub kłują.
Radzę usilnie nie nakładać pończoch, bo podwiązki zawsze krępują, często są powodem prawdziwego cierpienia i wywołują ciężkie i bolesne rany." Dodajmy, że na ten przykład empirowe elegantki nosiły nawet podwiązki z metali szlachetnych, żeby wyglądać bardziej "antycznie" - metalowa obrączka na łydce pod kolanem - super strój na konia;)))
Pisał jeszcze o butach, o spodniach, które musiały być obowiązkowo pod tymi kieckami etc. Skarpetki często podszywano jedwabiem, żeby były "milsze" - ach... Odradzał buciki na guziczki, bo odgniatały się w czasie jazdy i wysokie "oficerki", jako utrudniające czucie konia;) A dzisiaj? Człowiek ma dopasować czapsy i jest zagubiony;)))
Czesać należy się "mocno", gdyż "kobieta, która jest zajęta trzymaniem czy poprawianiem swojego kapelusza lub woalki, myśli za mało o koniu i, można powiedzieć, że tracąc kapelusz, niemal traci głowę."
Wszystkie te uwagi nie były nieważne - gdyż kobiety często wracały z przejażdżek zbolałe i "musiały przebywać na szezlongu"!!!!
No szezlong wyjątkowo niedobre miejsce do przebywania;))) jakże jednak nie opaść na szezlong, gdy jeździ się w gorsecie? A żakiety są tak obcisłe, że często trzeba je zapinać specjalnymi oczkami? Że nie wspomnę o damach, które się w nie zaszywały na fest;)
Gdyby zaś ktoś chciał jeździć "po męsku" - no cóż:
"Pomijając to, że amazonka traci przez to cały swój wdzięki kobiecy, jest to bardzo niepraktyczne (sic!!!!!!!). czego brak zawsze jeźdźcowi? Przylegu, tj. pewnego dosiadu. Tem bardziej będzie brakowało przylegu kobiecie, bo ma uda okrągłe i o wiele słabsze niż mężczyzna". Jakieś pytania???;)
Jazda po damsku jest wielką frajdą zapewne, ale - póki co - pozwólcie, że popracuję na męskim dosiadem;) Nie mam bowiem szezlonga...

PS. Zaglądałam do: A. Banach, O modzie XIX wieku, Warszawa 1957; J. Fillis, Zasady ujeżdżania i jazdy konnej, przeł. Z Czajkowski, Zakrzów 1999 (wg wydania z 1930 roku); A. Sieradzka, Kostiumologia polska jako  nauka pomocnicza historii, Warszawa 2013; Ilustrowana historia strojów, kons. M. Leventon, Warszawa 2008.