Popularne posty

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Po co komu dzwonek?

Przy furtce. Miałam kiedyś taki, bezprzewodowy. Żył dwa dni. W drugiej dobie uczestnicy zabawy w remizie roznieśli go - śmiem twierdzić, że pięściami, ale niewykluczone że i nogi brały w tym udział. Było to bardzo dawno temu.
Od tego czasu listonoszka i reszta interesantów dzwoni łańcuchem - ekologicznie, nie potrzeba baterii, działa nawet, gdy nie ma prądu, niesie się odpowiednio i robi nastrój - czego chcieć więcej...
Ale - pomyślałam sobie ostatnio - fajnie byłoby jednak ten dzwonek wymienić.
I kupiłam cudo za całe 30 PLN. Cudo dzwoni jak katedra w Westminsterze. Nie mają problemu już żadni interesanci, listonoszka zachwycona, a znajomy kurier po prostu wniebowzięty...
Zastosowanie dzwonka jednak nie wszystkim wydaje się oczywiste. Zasada działania rysuje się bowiem tak: dzwonimy, wychodzi ktoś z domu - dzwonimy PO TO, by WYSZEDŁ KTOŚ Z DOMU - kumamy dotąd, nie?
Dzisiaj jednak zastosowanie dzwonka pokazało, że ten ciąg przyczynowo-skutkowy nie dla wszystkich pozostaje równie przejrzysty...
Była dziesiąta rano. Odwiózłszy dziecko do szkoły i auto do MM-a, postanowiłam w końcu umyć włosy. Pomiędzy szamponem a odżywką - dzwonek. Płuczę więc do końca, owijam w ręcznik i wychodzę z domu. I co widzę???
Wierzcie mi - osłupiałam... Widzę oto mężczyznę, lat na oko czterdziestu, który szczo sobie wesoło na moją bramę!!! Kruczek ruszył do ataku, niestety - brama nie była uchylona... Koleś na mój widok nieco tylko się odwrócił i drze się do mnie, czy potrzebuję papier toaletowy, bo sprzedaje na worki...


***

"Adin, dwa, tri..."

wtorek, 14 czerwca 2016

Miejska/wiejska trasa rowerowa;)

W piątek moja koleżanka z pracy narobiła mi ochoty na przejażdżkę rowerową - dojeżdża do pracy w ten sposób, co w sumie jest najlogiczniejszym sposobem przebicia się obecnie przez miasto pełne korków i remontów. Widok na wciąż zamkniętą (prawie) dla ruchu Kaponierę - tak wygląda teraz mniej więcej... wszędzie;)


Jedzie sobie najpierw przez Wolności, potem Podgórną, potem wzdłuż Parku Chopina, potem Mostową nad Wartą i w górę rzeki wzdłuż nowego - prawie skończonego - centrum handlowego (potrzebnego tam jak dziura w moście), a następnie przez ratajskie osiedla, między blokami. Wszędzie ścieżki rowerowe;)
A u nas na wsi to co? Gips? Też mamy ścieżki;)
Zatem w niedzielę po porannej mszy, poruczyłyśmy zwierzęta opiece Księcia Małżonka, spakowałyśmy nieco prowiantu, wodę na drogę zakupiłyśmy w miejscowym spożywczaku i zapuściłyśmy się następującą trasą:
W prawo. Bokiem przez pola, aż na prom - przez Wartę - sama przyjemność:



Potem rezerwatem, między starymi drzewami i mokradłami:



Między polami i strumykami, aż do naszej stajni - na popas;) Tak mamy pięknie:



Po obiedzie - wskoczyłyśmy do mariny - na lody;)



A stamtąd - przez most - i wałami nad starorzeczem, pradoliną - do domu;)



Zamiast centrum handlowego mamy to:


I to:


Doskonale oznaczone i pełne grających świerszczy trasy rowerowe;) Wszędzie szalony ruch! Trzeba uważać, by nie zostać skoszonym przez ważkę albo upolowanym przez myszołowa;) Księżniczkę prawie staranował zając - a miała pierwszeństwo!


A za tymi drzewami już widać dachy naszej wsi;) Ostatni z serii pikników.


Nie było nas cztery godziny, nakręciłyśmy ponad 22 kilometry;) Były przygody, moczenie nóg, upadek, pierwsza krew, awaria sprzętu, pogaduchy ze znajomymi, druga krew, niekończące się zachwyty i wielkie/małe odkrycia na trasie;) - słowem: wszystko! Tempo szalone!
Księżniczka to niezły materiał na crossową cyklistkę, a ja potrzebuję zdecydowanie innego ogumienia;)
Musimy nieco przezbroić sprzęt i już planujemy następną wyprawę - tym razem pojedziemy w lewo;)

czwartek, 9 czerwca 2016

Badania kontrolne...

Dziś rano Mruczysława spakowano i powieziono tam, gdzie robią kotom lewatywy;) Nie był zadowolony, tym bardziej, że był głodny. Od kilku dni trwa dobra passa w zachowaniu - pacjent jest na oko lepszy, ale czy potwierdzą to wyniki? Chociaż nasza nieoceniona Pani Doktor mówi, że "leczy się pacjenta, a nie wyniki", krew trzeba było zbadać.
Przed pobraniem omawiałyśmy ewentualne warunki podania kuracji EPO i kolejne badania diagnostyczne, które można jeszcze wykonać, żeby się w końcu dowiedzieć, co jest przyczyną tej anemii. EPO daje wzrost hematokrytu w okolicach 2 % tygodniowo, więc warto zawalczyć.
Krew pobrano na oddziale szpitalnym, gdzie Mruczek jest gwiazdą - nie dostałam go szybko z powrotem, bo każdy pracownik szpitala chciał choć przez chwilę potrzymać go na rękach;) W końcu przyniesiono mi kocisko - wygłaskane za wszystkie czasy...
Czekając na wyniki gaworzyłam z właścicielami chorych zwierząt w poczekalni - spanielka, mikro-pies i pies makro czekali na wizytę. Pani od mikro-psa cały czas kogoś mi przypominała, jakbym ją skądś znała... No jasne! Dopiero w drodze powrotnej skumałam, że ze sceny Teatru Nowego;)))
Gdy nadeszła Pani Doktor z wynikami, wiedziałam już, że coś jest nie tak... Szła dziwnie wpatrując się w kartkę, a potem, gdy wchodziłam do gabinetu, słyszałam, że dokądś dzwoni...
Nic dziwnego. W krwi Mruczysława wykryto... 100% wzrost hematokrytu od poprzedniej wizyty!!!!! 100 % więcej hematokrytu wróży nam bardzo dobrze, a Pani Doktor dzwoniła do laboratorium, czy aby nie zaszła jakaś pomyłka;))) Wszystko wskazuje na to, że nie - Mruczek ma dziś 21 jednostek, ostatnio miał 12 - hurrra!!! Jest dobrze. Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim za wsparcie i dobrą energię! najwidoczniej działa;) Kot zaczyna trzodzić po staremu, wczoraj zasikał stos czystych ręczników i zrzucił co nieco z szafy - nie usłyszał złego słowa;) Na spacery wychodzi na smyczy, co stanowi jedną z najnowszych lokalnych atrakcji. Dostał też obrożę z adresówką i informacją o tym, że jest bardzo chory i musi przyjmować leki - na wypadek, gdyby nam jednak gdzieś zwiał;)
Nade wszystko jednak cieszy się Kruczek - od wczoraj jego kumpel znów ma ochotę się z nim bawić! A wszyscy wiedzą, że nie ma to jak dostać łapą w pysk od zaprzyjaźnionego kota;)


Pozdrawiamy ze szpitala na peryferiach!
PS. Księżniczka wyzdrowiała, zachorował Książę Małżonek;) Wydawanie leków trwa całą dobę - zgadnijcie, kto ma dyżur 24 h?;)


sobota, 4 czerwca 2016

Pan Bóg przeprasza Kreta;)

Wszystkie nasze myśli, działania, całą energię z ostatniego tygodnia pochłonął kot. I chora Księżniczka. Co w sumie wychodzi na jedno.
Dzisiaj postanowiłam jechać do stajni sama. Towarzystwo jeszcze chore, słabe... Spakowałam sprzęt, przebrałam się, po drodze kupiłam "upadkową" flaszkę... Nie ukrywam - po ubiegłotygodniowym wypadku doopa jeszcze mnie boli;) Lekko bałam się wsiadać, ale - nie ma takiej opcji, żebym zrezygnowała po pierwszej kaskaderskiej glebie;) Tej pierwszej, kontuzyjnej, nie liczę;)
W stajni - tadaaam: Kordel. Smok. Koń - smok. Nie wiem, ile ma wzrostu, ale na pewno dużo więcej ode mnie. Gdy swego czasu pierwszy raz weszłam do stajni i zobaczyłam Kordela - pomyślałam: "No, na tym to nigdy w życiu..." Aż do dzisiaj. Gdy kładłam mu siodło na grzbiet, musiałam je trzymać w prostych rękach nad głową;) Gdy patrzę wprost na jego kłąb, widzę tylko "konia" i nic powyżej...
Jest wieeelki.
Bałam się. Drżałam w stępie, w kłusie - wyrzucał w kosmos, podbijał niesamowicie - miałam niezłego fefra, za to w galopie - BAJECZKA:)))) Nie musisz robić nic - tylko stoisz na strzemionach, a dobre 800 kilo pod tobą płynie w powietrzu - równiusieńko, bez szarpania, jak po sznurku... Oddałam wodze i po prostu pozwoliłam na ten lot - taki lekki, taki wysoki, taki równy... Gdy wróciliśmy do kłusa, marzyłam jeszcze o tym galopie;) Nie dał się prosić;)
Na mojej lodówce zatem przybyła pewna naklejka, która jak nic oddaje moje dzisiejsze uczucia;)
To prawda: "Bóg stworzył konie, żeby przeprosić za mężczyzn";)))) I za chore koty, i za chore Księżniczki, i za korki na ekspresówce, i za niewykoszoną trawę, za zaległości w pracy, za stosy naczyń w kuchni;)
I całe szczęście - są bowiem kobiety, które mogą spadać, ale nie mogą zwariować;)
Miłej niedzieli;)
Oko od Kordela;)


Oby nadchodzący tydzień był taki, jak dzisiejszy galop;)

środa, 1 czerwca 2016

Mały kot w wielkiej lecznicy

Był dziś znowu. Niezbyt zadowolony - cały dzień niemalże na głodnego, patrzył z wyrzutem, gdy się pakowaliśmy do auta. Morfologia dzisiaj taka: limfocyty spadły, podobnie jak - niestety - hematokryt. O cały 1 %.
Nasz pani doktor niepocieszona. Czekamy do piątku na wymaz z krwi. Wtedy będziemy wiedzieć więcej. Dzisiaj też nasza pani doktor skonsultuje się z wetem hematologiem, bo to, co widać w wynikach Mruczka nie pasuje do niczego. Wciąż uważa, że właściwa przyczyna choroby nam umyka. I szuka. Mruczek stanowi dla nich ciężki i interesujący przypadek - jak to określiła "wyzwanie". I chyba faktycznie tak jest, bo pamięta jego wyniki z kolejnych próbek i sprawia wrażenie, jakby wciąż o nim myślała. W weekend szukała i czytała - pozostaje nam teraz terapia EPO (ale Mruczy ma zdrowe nerki, więc EPO produkuje sobie niby sam), może tarczyca... Nie wiem - ja się nie znam. Pozytywne jest, że inne parametry podskoczyły i wątroba się regeneruje.
Wiem, że kot jest "lepszy" - pomrukuje, ma apetyt, domaga się wyjść na dwór. Z drugiej strony wiele śpi, nadal "paczkuje", rzadko schodzi na dół... Teraz odsypia stres "szpitalny".
Oj, to nasze kocię kochane...

wtorek, 31 maja 2016

Mruczysław w domu, podobnie jak reszta;)

Od wczoraj. O pełnym sukcesie jeszcze nie ma mowy. Retikulocyty zobaczyć będzie można dopiero jutro, więc jutro jedziemy na ich pobranie. Póki co - kociak wrócił do żywych. Podjęłam decyzję o zabraniu go ze szpitala. Wszystkie czynności życiowe przejawia, ma dużo lepsze wyniki, a myślę, że każdemu lepiej w domu niż w szpitalnej klatce. Gdy go wiozłam wczoraj, po solidnej burzy i otworzyłam okno Strzały, by wpuścić nieco powietrza pachnącego deszczem - Mruczy wyraźnie się ożywił;) W domu zaczął nawet mruczeć - po cichutku i nieśmiało, ale jednak...
Problem jest jedynie z podawaniem leków - jest już tym zmęczony i to, co wyprawiamy, żeby podać mu wszystkie tabletki, przechodzi ludzkie pojęcie. Dzisiaj od piątej rano godzinę spędziliśmy na wojowaniu z zadziwiająco żywotnym kociskiem... Niepotrzebnie traci tyle energii na walkę z nami - i tak musi brać, co trzeba. Żal mi go, bo lista zaleceń długa, ale - życie po transfuzji zobowiązuje;)
Dba o futerko, ociera się,  pięknie korzysta z "bezpiaskowej" kuwety, a nawet zaczął ponownie drapać nam meble - jak cudownie... Gdyby jeszcze tak coś zbił, wskoczył na szafę, wdrapał się po firance - byłabym zachwycona!
Je, choć oczywiście nawet nie spojrzy na zapisaną karmę;) Teraz śpi, gdy się obudzi, spróbuję podać mu steryd... Może się uda;)
Nerwowa atmosfera udzieliła się również psu. Może czuje się zaniedbany? Gdy wreszcie padłam wczoraj na łóżko o wpół do pierwszej, po morderczej walce z kotem i antybiotykiem (a także opatrzeniu zadrapań) - wstawać musiałam jeszcze trzy razy, gdyż Kruczek dla odmiany raczył był zwymiotować. Regularnie, w odstępach godzinnych. Jest to reakcja psychosomatyczna i/albo przejaw łakomstwa kolacyjnego.
Nie zdziwi więc nikogo fakt, iż Księżniczka dostała nad ranem gorączki i również obecnie przyjmuje stosowne medykamenty, w czasie dozowania których należy pilnować, aby ich nie pomylić z kocimi.
Łatwo zatem policzyć, ile dokładnie spałam ostatniej nocy;)
A zmiana pozycji szczególnie mi doskwiera, gdyż w sobotę, chcąc pewnie rzutem (dosłownie) na taśmę zdążyć wypełnić słowa poniższej piosenki, zglebiłam się koncertowo w galopie;)  Ale - otrzepałam portki, wsiadłam z powrotem i jeszcze chwilę przekłusowałam. No i flaszka pęknie;)
Swoją drogą - to piękny moment - jak z kreskówki - gdy nagle stwierdzasz, że twój koń jest jakiś dobry metr w prawo od ciebie - o - o - i - doop;)
Bardzo prosimy o ciepłe myśli. Dziękuję za wszelkie przejawy sympatii i dobrą energię, jaką ciągniemy z blogosfery - Mruczy przetapia wszystko to na ertytrocyty (mam nadzieję).
Rzeczona piosenka - oby czerwiec nadszedł szybciej;)




piątek, 27 maja 2016

Jest dobrze!

Odwiedziny u pacjenta:) kot jak nowy! W poniedziałek dowiemy się, czy ruszyła produkcja erytrocytow... Póki co - radocha!

czwartek, 26 maja 2016

Kawaleria w drodze!

Nie mam dobrych wieści. Mruczysław miał fatalną noc - myślałam już, że jest po kocie... Nie było na co czekać - jest już hospitalizowany. W najlepszych rękach (poza naszymi).
http://www.klinwet.pl
Potrzebuje wiele dobrych myśli, bo ma hematokryt 6. Nie widziano tam jeszcze kota z takim hematokrytem - żywego. Ale - ponieważ klinika nie dzwoniła do mnie - pacjent jest wciąż wśród nas. Jest chory naprawdę ciężko, ale póki co - nikt nie wie na co dokładnie - mimo wielu wykonanych testów - "factor x", który nas wodzi za nos, pozostaje nieuchwytny...
Jestem na dworcu PKP - jednym z tych pociągów nadjedzie wkrótce krew dla Mruczka - grupa A, najpopularniejsza, a jednak - ostatnia dostępna w banku jednostka...


W domu - wszyscy zastygają w oczekiwaniu:



Nie przewiduję złego scenariusza, choć rokowania są kiepskie. Ale się należy trochę tych miastowych doktorów uświadomić! - wsiowy twardziel przy takim wsparciu - po prostu musi dać sobie radę! Jeszcze zadziwimy całą klinikę na Mieszka;)
No to pełna mobilizacja - Strzała awansuje z "ambulansu kociego" na "ambulans krwiodawstwa kociego", a koło ósmej dr Wąsiatycz zajmie się transfuzją.
Taki jest plan i nie zawaham się go wykonać;)
Nie zaszkodzi modlitwa do Św. Franciszka;) - przecież chyba DZISIAJ nie odmówi...

wtorek, 24 maja 2016