Popularne posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Gdzie te chłopy? - czyli obserwacje z siodła

Wytrwale uczę się jeździć, a przy moim zacięciu może za jakieś pięć lat dadzą mi wodze do rąk;) Póki co nie zniechęcam się, miszczem i tak nie będę, chcę być tylko władna koniem jechać nad Wartę. Instruktorka mówi coś o dwóch miesiącach jeszcze - ale to jest płynne bardzo;) No właśnie - instruktorka. Za każdym razem to kobieta;)
Moje dziecko (też kobieta) ma trzy instruktorki na zmianę - wszystko kobiety. Z wysokości siodła widzę dobrze - wszystkie dzieciaki na sierpniowych turnusach jeździeckich (a widziałam ich cztery zmiany) były w znakomitej większości dziewczynami!!! Te stada dziewczynek uczą się, czyszczą konie, skaczą przez przeszkody i siodłają wielkiego jak góra Kordela! Nie widziałam ani razu tatusia, który wsadzałby na kucyka syna, a córki - proszę! - jedną po drugiej!
Jednak kierownikiem stadniny i głównym instruktorem od grup zaawansowanych jest facet, zresztą super fajny;)
Nie widziałam kobiety, która byłaby w moim wieku na lonży! Zwykle mamusie zamawiają czarną kawę i siedzą wzdłuż padoku, z minami o których lepiej nie mówić, (jest to skrzyżowanie hrabiny z odętą subretką, żeby użyć języka XIX-wiecznych powieści) - nie wiem dlaczego zupełnie!
Wśród jeźdźców zaawansowanych jest jednak kilku facetów, zwłaszcza w niedzielę dominuje model "prezesa", który przyjeżdża "z miasta", by spędzić "niedzielę w siodle". Niby nic w tym złego, ale "wkurzacz" od Deski należy wybitnie do tego gatunku. Należy ich unikać, już się nauczyłam;) Ich ego przysłania nie tylko konia, ale i całą stadninę;)
Z siodła widać lepiej i dalej - i tu rysuje się dziwaczny obraz: jeżdżą dziewczynki, uczą się dziewczynki... A co się z nimi później dzieje? Gdzie giną? Co się stało z ich spontanicznością, że - nawet jeśli potrafią - siedzą i upozowane milczą jak świnksy? Gdzie się chowają, że widać później tylko facetów? Przypomina mi to np. sytuację na studiach filologicznych: studiują same prawie kobiety, a wykładowcami i dyrektorami instytutów są mężczyźni! Czy to się może "odwrócić?"
Czy jeździectwo to w przyszłości "kobiecy sport?" Czy zauważony przeze mnie trend się utrzyma? Czy to może tylko "specyfika lokalna"? I gdzie te chłopy? Fajne, normalne, takie właśnie "koniarskie"? Gdzie? Bo to, że pan zmienia raz w tygodniu audicę na konia mnie nie przekonuje;) Gdzie kawaleryjska fantazja?
Macie pomysł? Może u Was jest inaczej?
W stajni, gdzie jeździ Sisek jest tak samo - instruktorem i kierownikiem jest facet - bardzo spoko gość - a jego kursantkami są kobiety i dziewczynki! Jego zastępcą jest jego własna córka - która cwałuje po rzece i dla mnie jest wzorem amazonki! O nią się nie boję, ta nie zginie - zawsze będzie jeździć;)
Może to kwestia motywacji i zdeterminowania, że jak facet coś robi to dożywotnio, a laska się zniechęca, albo potem uznaje, że "nie wypada"? Może po prostu gorzej jeżą i po drodze - exusez le mot - spadają;) Może trzeba jakiś parytet - wśród dzieci dla chłopców, wśród dorosłych dla kobiet?
Nie znam się, jeździłam dotąd tylko w dwóch miejscach... Koniary? - macie jakieś swoje obserwacje na ten temat?
Generalnie - kwestie segregacji płciowej są mi obce, nie dzielę ludzi na męskie i żeńskie, bo nie wiedziałabym, gdzie sama musiałabym się zaklasyfikować, ale takie obserwacje przyszły mi do głowy na koniu... A myśleć, kurna, o pięcie i o łydkach, żeby konia w kłusie utrzymać, psia para! Tak to jest z tymi babami - na okrągło myśli, zamiast się trzymać konkretów;)


I siodła, żeby wstydu nie było;)

wtorek, 19 sierpnia 2014

"Mieszkam w wysokiej wieży..."

To prawda. Choć mój domek malutki i jakiś taki najskromniejszy, jest wieżą. Mieszkają w nim rozbitkowie świata tego, wewnętrzni emigranci pełni niezgody, jacy starzy, tacy głupi;)
Wierzą w zabawy słowami, zaczerniają papier, z miernym skutkiem wychowują dziecko i psa.
Fosa jest trochę zielona, trochę piaszczysta, latają nad nią myszołowy i żurawie, wydeptują ścieżki dziki i sarny. Traktory bronują na niej równe pasy, by żadne zło się nie przedarło niezauważone.
Raz dziennie wychodzą na patrol, z psem tropiącym, jak się należy, obchodzą granice... Sprawdzają pomniejsze wartownicze posterunki, zbierają meldunki i świeże jeżyny.




Wchodzą do lasu i milkną, kładą się w wysokiej trawie i przytulają.



Bywa, że wracają spokojnie, bywa, że biegną przed nadchodzącą ciemnością, bywa (tak, jak wczoraj), że przemoknięci do suchej nitki, ubłoceni po pas, kroczą dumnie środkiem przyoranego ścierniska w promieniach zachodzącego westernowo słońca, a pies jaszczurzy się na smyczy w stronę domu, malutkiego jak klocek lego.



I oprócz gorącej kawy z imbirem, oprócz kieliszeczka zbyt młodej wiśniówki, jeszcze takie coś:


"Chwilo, trwaj! Jesteś piękna!"
PS. Profesjonalistów przepraszam za jakość zdjęć, mam tylko prymitywny zmarkfon. Marzenie o dobrym aparacie jest dla mnie równie możliwie do spełnienia jak to o koniu czy słoniu;)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Jak Kret śpiewająco ujeżdża 100 koni;)

mechanicznych, naturalment;)
Dzisiaj odwiedziłam dwie ujeżdżalnie - najpierw taką:

a później taką:
Którą wolicie? Bo ja obie!!!
Samochód już mam, mam od wielu, może zbyt wielu lat;) Ale koń! Mieć konia - to byłoby coś! Dzisiaj mi się śniło, że... w mojej stodole mam konia!!! Klaczkę zupełnie podobną do Deski, tylko nieco niższą;) Kruczek sypiał z nią w stajni, tzn. w garażu, a rano wsiadałam sobie na nią i jechałam do lasu po rżysku, a potem parkowałam konika pod moją pracą i portier go poił;))))... Ach - marzenia! Po pierwsze - w stodole burdel okrutny, po drugie - z koniem gorzej niż z dzieckiem, po trzecie - jakie do lasu, kiedy dopiero anglezowanie na lonży w wolnym kłusie wchodzi w grę, po czwarte - asertywność szwankuje, a konie tego nie lubią, muszę najpierw się uasertywnić;), a po piąte - cytat z Mojego Ojca: "z psem sobie nie dajesz rady, a gdzie koń!";))))
Ale gdybym tak wygrała w totka, to zaraz: nowy dach na stodole, masztalerze na dwie zmiany;), padok na ugorze, i codziennie rano przytulanko do konia;) Wiecie, jakie to uczucie, gdy koń przytula swój łeb do mojego? Magia;)))
Z mechanicznymi niby mniej problemu, ale - nie zawsze;) A przytulanko - no sorry;)))
Dzisiaj po koniach pojechałam na przegląd i okazało się, że na ten wspaniały pomysł wpadło kilku innych kierowców z gminy;) czekałam więc sobie w kolejce grzecznie, aż pan Waldek kochany weźmie mnie na warsztat;) Otworzyłam sobie okno, żeby z nim tam pogadać, wręczyć dokumenta etc. A kolejka spora, jeden na obcych blachach - to wiadomo, dłużej o wiele;), więc pyknełam sobie radyjko w Strzałce. Radyjko do chrzanu ma ten samochód, nigdy nie wiadomo, którą stację odtwarza, za to II PR nie chce nigdy:-(
Tym razem leciał taki szlagier, jak najbardziej na czasie:


A więc śpiewam sobie - no, ok, może trochę za głośno, bo przecież mam "okna pozamykane" (!!!!!!), przesadnie akcentując charakterystyczne "l" przedniojęzyjowo-zębowe, niedościgle w tej piosence realizowane, a potem, gdy już się szlagier zakończył, wyłączyłam jakieś tam reklamy i śpiewam sobie już sama, na pełne gardło, wyzwolone z współczesnych norm fonetycznych, zanurzone w przedwojennej pronuncjacji, rozkołysane i melodią, i koniem, z którego niedawno zsiadłam...
I nagle widzę, jak spod auta obok wyjeżdża taki "wózeczek mechaników" - taka niby-deskorolka - a z niej podnosi się młodziutki, może 20-letni adept mechaniki pojazdowej i patrzy na mnie "blękitnymi oczyma" wielkości oczu końskich, i w tej samej chwili przychodzi mi do głowy, że... szyba była jednak otwarta!!!
Resztę pozostawiam waszej wyobraźni;)
A gdy siedziałam już w biurze u pana Waldka, czekając na konieczne kwity i płacąc za przegląd tylu koni naraz, ni stąd ni zowąd z zaplecza usłyszałam, jak ktoś gwiżdże tę niezapomnianą melodię;)))) I nagle drzwi uchylają się, w szparze pojawia się para "blyszczących niebieskich ócz" i jedno z nich mruga do mnie!
A to "lotr"!!!!
PS. A zwróćcie uwagę, jakie muszę mieć w Strzałce czyste szyby;)))))

niedziela, 17 sierpnia 2014

Kruk sam w domu...

Do niedawna nie zostawialiśmy go w domu w ogóle - bałam się, ze przegryzie kable i porazi go prąd... Ale nie jest taki głupi, na jakiego wygląda i prąd go w ogóle nie obchodzi, więc raz po raz zaczęliśmy go zostawiać samego w domu  - na króciutko, potem na dłużej. Dzisiaj został sam na długość całej mszy! Nie może wchodzić na fotele ani na łóżka - takie są zasady. Po powrocie wyglądało na to, że spał sobie pod stołem w pokoju. A potem zobaczyłam ten filmik:


I co? I jak tu wierzyć psu?
PS. No i ten kot;) Nie mogę;)))

piątek, 15 sierpnia 2014

Każdemu jego... Białoszewski;)

Ostatnio miałam wolną chwilę, a każda wolna chwila jest dobra na dobrą lekturę. Wziąwszy więc z koleżeńskiego biurka tom Białoszewskiego znalazłam tam kolejno wiersz dla każdego: i dla Hany, i dla Mariji, i dla Księcia;) Ale znalazłam też i dla siebie.
A ponieważ Kret jest dość typowym przykładem Robota Wieloczynnościowego produkcji polskiej, myślę, że wiersz ten nadaje się również i dla innych Robotów Wieloczynnościowych. Zwykle są one rodzaju żeńskiego, więc chyba powinny być nazywane Robotkami;) Tak czy siak, pasuje jak ulał taka poezja do mojego życia. Posłuchajcie zatem:


Polka ze sobą

nie obda wszystkich sobą

co chcą

co ja chcę?

ob się

nie dać się!

obsobą


Interpretacje sobie daruję, bo i co tu interpretować?;)

A wczoraj, gdy czytałam książkę o udziale kobiet w historii, znalazłam taki wiersz - autorka jest anonimowa, a wiersz był drukowany w jednym z podziemnych solidarnościowych pism z początku lat osiemdziesiątych. Wiersz ma formę zwrotu do mężczyzny, zapewne lekarza:

Gdy rano wstaję, niech mi pan wierzy,
Biegam po domu jak kot z pęcherzem.
Do pracy biegnę jak koń - kłusem,
Jak małpa czepiam się autobusu.
Jak osioł jestem zapracowana,
Jak wielbłąd jestem obładowana,
Jak lwica bronię małżeńskiej cnoty,
Kiedy wieczorem wracam z roboty.
A gdy już usnę, to mi nad głową
Mąż czule szepcze: "Posuń się, Sowo!"
Więc może jakimś cudownym lekiem -
uczyni mnie pan jeszcze człowiekiem?

D. Dąbrowska, Udomowiony świat. O kobiecym doświadczeniu historii, Szczecin 2004, s. 59.


Historia się toczy wciąż tak samo, i nic się nie zmienia  - absolutnie nic!
A żeby jeszcze pokazać, że i gdzie indziej kobieta jest stworem o milionie funkcji, twarzy i zastosowań, posłuchajmy sobie tego:


Miłego świętowania - dzisiaj nie robię NIC poza obiadem, koniecznym praniem, zajmowaniem się dzieckiem, psem i mężem, nadrabianiem zaległości z pracy, etc., etc. - w końcu mam wolne, nie?

czwartek, 14 sierpnia 2014

Wczorajsza wizyta u Hany;)))

Było bardzo fajnie!
W końcu Gospodarze zatrzymywali mnie na noc, ale Książę wściekł się, że nie wrócimy, to wróciłyśmy;))) Okazało się, że potrzebował pilnie pomocy informatycznej;) Ci mężczyźni;)
Było, jak zwykle, wspaniale, u Kurencji znajdziecie nawet konkurs, gdy w końcu "wytrzeźwieją" i wrzucą posta;)))
Hitem był krem brulee robiony opalarką - takie rzeczy tylko Owca Rogata;)))

Taca z kurami od Mnemo kursowała tam i z powrotem, nosząc przeróżne smakołyki:


Frodo jest moim faworytem:


Wróciłam sporo po północy:))) A dziś rano skoro świt do powiatu mus był jechać;)) Wszystkim wielkie podziękowania, było superowo!!!

środa, 13 sierpnia 2014

A ku ku!!

Pozdrowienia od wszystkich!!!! Kretowata,  Księżniczka,  Mika, Rogata Owca, Marija, Jeszcze Ktoś,  i Gospodarze; )))

wtorek, 12 sierpnia 2014

Słowo się rzekło...

klacz na lonży;)
Koń pojawił się niespodziewanie. I to przez Księżniczkę i Siska. Sis, jako instruktor sportów wszelkich, robi teraz patenta jeździeckie;) A Księżniczka chciała spróbować. No to wio na konie z ciocią! No i się spodobało. A jak się podoba, to trzeba pociągnąć, bo życie bez pasji jest puste i pełne nudy.
Mieszkamy w miejscu, gdzie trudno będzie Księżniczkę zapisać na balety, modelarstwa czy taniec towarzyski, bo wszędzie daleko, ale za to na konie - 5 minut! Więc pojechałyśmy. A ponieważ trochę się bałam, gdy Księżniczka jeździła, a ja stałam i patrzyłam, pomyślałam sobie, że jak wsiądę sama, zajmę sobie czymś głowę i nie będę się bać o dziecko. I wsiadłam. I zajęłam sobie nie tylko głowę, lecz także i pięty, pięty, pięty, i łydki, uda, kolana, brzuch, plecy, plecy, plecy, łokcie, łokcie, łokcie i wszystko, wszystko - i zakochałam się. A moje rozmowy z Siostrą wyglądają tak: "Ale to siodło jest chyba za blisko", "Ale nie mogę tak utrzymać długo pięty", "No, anglezuję, rozpaczliwie ale próbuję...", "Nie, no coś ty, gdzie tam sama"..., "Kolana? Nie, nie bolą mnie kolana...".
Jestem po kilku lekcjach i jest mi fajnie. Nie spadłam jeszcze, choć nie wyłączam, bo trudno wyłączyć;) Poczyniłam już pewne postępy i obserwacje:
1. Nie boję się konia. Wiem, jak podejść, jak podać mu jabłko - kroję dla niej jabłuszka i karmię ją z rączki - ja!!! - która bałam się konia jak ognia! Umiem ją wyprowadzić, wyczesać, dalej boję się trochę czesać zadek, ale pracuję nad tym. Wciąż boję się podnieść jej nogi, ale na to przyjdzie czas. Jeszcze sama nie siodłam, ale wiem już, jak założyć ogłowie i gdzie umyć wędzidło po jeździe.
2. Umiem wsiąść. Wsiadłam za pierwszym razem sama, z ziemi - i powiem, że mnie to bardzo zdziwiło. Konia chyba też.
3. A potem ona ruszyła, a ja zaczęłam panikować;) Doświadczenie ruchu konia jest tak inne od wszystkiego, czego doświadczamy, że nie umiem nawet tego opisać. Jest się jakby na wysokim, wysokim okręcie, który płynie i teoretycznie można nim sterować, a praktycznie dzięki Bogu za instruktorów i lonże;)
4. Ruch ten jest jednak przyjemny, rozluźniający, uspokaja. O ile koń idzie stępa. W kłusie trzymam się jak należy przez dwie minuty, potem - gubię rytm, klepię, podnosi się pięta, zaciskają się kolana, garbią plecy, przesuwam się zbytnio do przodu i doopa z eleganckiej jazdy;) I słyszę instruktorkę: "Pięta, pięta, pięta, noga w tył, kolana, plecy w tył, plecy, plecy, plecy, plecy są, noga w tył, pięta uciekła..." I od nowa!
5. Nie stresuję się tym - w moim wieku już nie ma miejsca na wyczynowe skoki, chcę ładnie jeździć, żeby pojechać w teren - spacer nad Wartę - to moje marzenie;) Każde, nawet rozpaczliwe klepanie zaś przynosi mi duużo radości i pozytywnie nastraja.
6. Stajnia już nie śmierdzi. Imiona koni intrygują, a ich historii chętnie słucham od innych jeźdźców. W ogóle koniarze są bardzo pozytywni, bardzo! A bufon w jasnych bryczesikach, koszulce polo i z bacikiem, który ostatnio zabrał mi Dessę na skoki jest wyjątkiem, który potwierdza regułę;) Zwykle wskazują na błędy, sprzedają tricki, zapewniają o przyjemności płynącej nie tylko z kłusa, ale i z galopu, w co oczywiście wierzę, bo nie mam wyjścia;) Ale galopu na razie nie przewiduję.
7. Znam dużo nowych słów: ogłowie, puśliska, skośnik, nachrapnik, tybinka. Dowiedziałam się też, że wędzidła mogą mieć wąsy!
8. No i wszystko to podwójnie, bo Księżniczka też się uczy, co prawda dużo szybciej, ale jest bardziej leniwa, więc efekty mamy podobne;) Ona jest na koniu wyluzowana jak stary kowboj, ja przeciwnie, więc wspólnie tworzymy idealnego jeźdźca;) To fajne - robić coś z dzieckiem od zera i nie stać nad nim jako "ekspert", tylko identyczny "uczeń";)
9. Moja klacz treningowa, czyli Dessa, jest wspaniała. Raz jeździłam na innym koniu i wiem teraz, jak bardzo mogą się różnić;) Dessa jest dla mnie idealna. Miśka gubiła tempo, nie chciała chodzić na lonży, nie słuchała mnie wcale, a w kłusie nagle zatrzymywała się, jakby chciała mnie zrzucić przez głowę;) Może dla prawdziwego jeźdźca to i fajna klacz, ale nie dla początkującego, takiego jak ja;) A Dessa idzie równo, kłus to kłus, stęp to stęp, jest cierpliwa, łagodna, tylko raz się potknęła;), nic jej nie dziwi, pomaga mi jak może;) Idealna partnerka. Główny trener zauważył naszą miłość - zawsze zostawia ją dla mnie, choć za pierwszym razem myślałam, że żartuje, gdy powiedział: "A to jest klacz dla pani" i pokazał tę smukłą i nieskończoną sylwetkę;)
10. Po treningu, gdy zsiadamy - ja mokrusieńka, a Księżniczka z płaczem, że tak krótko, zostajemy, żeby się pogapić na tych, co skaczą pod lasem;) Ja już raczej nie poskaczę, ale Księżniczka - kto wie;) No chyba, że się będę tak o nią bała, że poskaczę, żeby się nie bać;) To działa;)
Dopasowywanie strzemion - jedyna okazja żeby zobaczyć kreta na koniu;):

 I jazda, trenujemy:

A tu mieszka Dessa:

A tak ćwiczy grupa zaawansowana:

video

A jutro jadę do Hanuki, ale jeszcze nie konno - a szkoda;)
PS. A wczoraj w Poznaniu na ulicy wywinęłam na prostej drodze takiego orła, że ludzie rzucili się na pomoc;) I nie konno, tylko pieszo;) Dzięki Bogu, mam rozciągnięte kończyny, bo byłyby nici z jazdy w tym tygodniu;)

piątek, 8 sierpnia 2014

Rubiny i Krety

Obiecuję, że następny post będzie "z siodła";) To doświadczenie się wyraźnie domaga opisania, poza tym zupełnie przewartościowało moje pojęcie o literaturze;)
Ale nie teraz o tym, bo zbliża się wielkimi krokami okrąglutka, 40 (!!!) rocznica ślubu Moich Rodziców!
Będzie malutka imprezka i malutki torcik czekoladowy, ale taki tyci-tyci;) I "żadnych kwiatów" - zgoda - "żadnych kwiatów" nie dostaną;) Za to mnóstwo laurek i życzeń.
A oto jedna z nich: tak sobie Księżniczka wyobraża Babcię i Dziadka 40 lat temu - nawet tak bardzo się nie pomyliła - jak wynika ze zdjęć, bo przecież nie było mnie jeszcze na świecie, więc nie mogę pamiętać, Babcia była długowłosą blondynką, ubraną w wąską sukienkę z krótkim welonem, ale dziadek nigdy nie miał afro, no i brał ślub w jasnym garniturze z muchą. Ale to szczegóły. Najważniejsze, że podobieństwo i tak jest uderzające, i te rubinowe róże;)


Szczęścia Młodej Parze!

środa, 6 sierpnia 2014

Kret is in love...

Moja nowa miłość. Od pierwszego wejrzenia, a raczej jeżdżenia;)) Ma na imię Dessa. I kto by pomyślał, że się można w moim wieku tak zakochać... I to homoerotycznie;))) Ale stało się.
Jeśli jutro me lędźwie się rozpękną, to będzie jej wina... Jakkolwiek to brzmi;)))