Popularne posty

niedziela, 24 kwietnia 2016

20 tekstów, które zrozumieją tylko koniarze;)

Oto, jakie teksty można usłyszeć u nas na jazdach - piosenek nie wspomnę;)

1. "Koń ma prawą nogę na łopatce - idzie jak chce!"

2. "Kroczem do przodu, kroczem! Rytmicznie, rytmicznie, co jest? - raz-dwa, raz-dwa!"

3. "Dupę głębiej w siodło, plecy do tyłu, cholera, pogarbione wszystko na komórkach!"

4. "Masz stówę? To se wsadź pod dupę - jak wyleci, będzie moja!"

5. "Siedzisz na nim? Nogi masz? To zamknij go łydkami jak się należy! Podeprzyj go! no łyda, ludzie, królestwo za łydę!"

6. Taki dialog:
Kret: A.! Mam dobrą nogę?
A.: Masz dwie dobre nogi!

7. "Nie podnoś ręki, nie podnoś ręki, nie podnoś ręki na drugim drążku, bo go za ryj ciągniesz! ku$#@! w kosmos polecicie!"

8. "Nie bujaj się, jak pijany kowboj wyglądasz, nawet kurna ramiona się gibają!"

9. "Galoop! Galooop! Prrrr... Zła noga. Jeszcze raz! Galoooop! Galooop! No ku&^%$! traf w końcu!"

10. "Wkurw się na niego, to ci pójdzie! Ja się nie ruszam dzisiaj. Ja siedzę, a ty się wkurwiasz teraz na niego!"

11.  Taki dialog:
Kret: P.! Pomożesz mi podciągnąć popręg?
P.: Siedzisz na koniu, to se radź! Co mnie wykorzystujecie w kółko! Gdzie się pani uczyła jeździć? Co za stajnia, jak Boga kocham! Czego oni tam uczą!

12. "Odchyl się do tyłu, dwa spacerowe na zad, lewy butapirazol i dzida! Widzisz! Nie widzisz, bo ci łzy z wrażenia poszły! Dobrze, że górą!"

13. "Od dzisiaj jazda na tę godzinę nazywa się Jeździecki Uniwersytet Trzeciego Wieku - dla Emerytów i Rencistów co Wsiadają Tylko po Schodach!"

14. "Masz za długie strzemię? To se skróć."

15. Taki dialog:
M.: Krecie! Masz nierówne strzemiona!
Kret.: Wiem.
M.: To dlaczego tak jeździsz?
Kret: Bo P. powiedział, że są równe...

16. "Prawa wodza! Prawa wodza! Która to jest prawa? Nie, nie ta. Podnieś prawą rączkę do góry! Albo lepiej nieeeeeeeee!"

17. "Łydką wewnętrzną najeżdżaj! No przecież zobacz, jaki on ma głupi wyraz twarzy! No on nie wie, czego ty chcesz od niego! Ja też zresztą nie wiem!"

18. "Koń jest brudny, w ogonie słoma, jeździec pół godziny konia czyścił, ku&^#! wieczorem będziecie zaczynać siodłanie!"

19. Taki dialog:
P.: Nie ciągnij strzemienia w tył, bo ci zaraz odpadnie!
N. Panie P.! Strzemię mi odpadło!
P.: I tak oto zostałem prorokiem!

20. "Przerwa techniczna! Koń się zepsuł! Łopatę i zaraz mi konia naprawić!"

Dziękuję Moim Trenerom - bez nich nie ma frajdy!


niedziela, 17 kwietnia 2016

"Tyrajmisiu" wersja Krecia - mniam;)

Na pewno wiecie, jakie jest ulubione ciastko szefa ze starego kawału. Dzisiaj rano obudziłam się i oprócz bólu mięśni po wczorajszym dłuuugim galopie poczułam, że albo zjem pychotkowe "tyrajmisiu" albo szlag mnie trafi.
Mieszkając na wsi, uczymy się polegać na swojej kreatywności i gigantycznej lodówce. Wydobyłam stamtąd kubek śmietany trzydziestki, dwa opakowania mascarpone i utknęłam. Oprócz kakao - niczego więcej nie mam, a do podstawowej wersji "tyrajmisiu" tyle jeszcze jest potrzebne! Zaparzyłam kawę i wypiłam połowę, jest dobrze;) W naszym sklepie zaopatrzenie coraz gorsze, nie dostałam niczego kreatywnego. Tylko cukier puder.
Postanowiłam wpaść do sklepu przy kościele "po kościele". Kupiłam biszkopty, ale nie było ani rumu, ani marsali, ani amaretto. Nabyłam więc setkę czyściochy i flakonik zapachu rumowego do ciast, już w duchu klnąc na czym świat stoi, bo przecież i tak tego nie zrobię - i tak nie schrzanię mojego "tyrajmisiu" byle zapaszkiem z buteleczki... "Nie było ani marsali, ani amaretto, ani rumu nawet" - zakomunikowałam Księciu Małżonkowi wsiadając do auta, a on ze spokojem wskazał wzrokiem stojących pod sklepem uczestników tzw. "mokrej mszy" (polega ona na tym, że się idzie niby do kościoła, a stoi się pod sklepem i pije cośtam) i powiedział ze spokojem: "Co się dziwisz? Kto to kupuje? Już ich widzę, jak tak sobie stoją i popijają amaretto..." To byłoby coś!
Po drodze jeszcze sklep gminny, gdzie panie długo szukały, szukały, a w końcu znalazły zakurzoną setkę rumu! Zatem - do dzieła!
Śmietana na puch, do tego mascarpone z cukrem pudrem i w miseczce rum z mocnym espresso - pół na pół mniej więcej. Nie mam żadnego stosownego szkła do "tyrajmisiu" - robiłam je dziś pierwszy raz w życiu, więc padło na wieeelkie filiżany, a co! O - takie wieeelkie!



Moje "tyrajmisiu" jest bardzo wytrawne, bo nie lubię cukru w deserach, jest puszyste i lekkie (ma tylko milion kalorii) a do tego - bardzo dla dorosłych. W lodówce czekają 4 filiżany - eee... no już tylko dwie;)



Jak na trudne warunki i spontaniczne działania, pierwszy raz i brak tego czy owego - efekt powalający! Wyszło lepiej niż w znanych z dobrego "tyrajmisiu" knajpach... Sam ekspert (Książę Małżonek) ocenił bardzo wysoko - czyżby w obawie przed zniechęceniem kucharki?;)
A tutaj przepis dla zaawansowanych - może następnym razem, gdy lepiej się przygotuję i zaopatrzenie przyjedzie ze mną z wojewódzkich delikatesów;) Uwaga - film też "dla dorosłych";) Kocham tego kucharza miłością bardzo zmysłową;)


Ach! Kto się odchudza na wiosnę, niech już przestanie - życie jest piękne i bardzo smaczne;)

środa, 13 kwietnia 2016

Szkółka w Kórniku;)

Tak, tak - wcale nie liceum... W pewną sobotę marca wybraliśmy się - a co! W takiej szkółce sobotniej jest zawsze wspaniale, choć zwykle panuje tłok i trzeba czekać na wózek;) Książę Małżonek wózek zdobył natentychmiast, pomagając pewnej pani z załadunkiem wieeelkiego rododendrona - w szoku byłam...
Ale - dla drzewek Książę wiele poświęci;) Uzbrojeni w wózek, kubek kawy i odliczoną gotówkę (nie można płacić kartą, na szczęście;) ruszyliśmy w teren. A tam - wszędzie pięknie!

Dosłownie!

Niektóre okazy bardzo literackie - czy to naprawdę jest z Królestwa Rohanu?;)


Wózek w Kórniku zapełnia się równie szybko, co w supermarkecie:



Tyle pokus tam czyha na człowieka... Ras, ras - mieliśmy pełny wózek i - pustą kieszeń.

W Kórniku nawet kasa jest bardzo malownicza:



Cudem starczyło jeszcze na worek ziemi. Ładowaliśmy się dłużej niż pani od rododendrona, Kupiliśmy daglezje, sosny zwykłe, modrzewie, dwa pnącza typu pomorskiego, trzy tujki-chujki w pewnej intencji, wierzbę srodze podrośniętą, tamaryszek, na który nie mam jeszcze miejsca, i różne drobiazgi... Wszystko się zmieściło, choć nie było łatwo... A trzeba było przyjechać z przyczepką, jak niektórzy:


Na koniec zagadka botaniczna - Drogie Blogerki Ogrodnicze - co to jest takiego? Rośnie to obok Biblioteki Raczyńskich od strony tylnego wejścia - szalenie mi się podoba, a nie wiem, jak się nazywa?


Z ogrodniczym pozdrowieniem
Kret - spadam szukać paska klinowego do kosiarki...

niedziela, 10 kwietnia 2016

Kometa Kret ukazała się nad Warszawą;)

Widoczna była zaledwie przez dwa dni, najjaśniej zaś błyszczała w nocy - jak to kometa. W dzień komety są zajęte czym innym. Kometa Kret miała również wiele zadań.
A to odwiedziny u pewnego króla:



A to odgrywanie Julii na pewnym balkonie:



Poranna kawa w biegu z posągowym Wieszczem:



A wieczorem - same przyjemności.

Konie:



Podejrzane lokale z podejrzaną muzyką w podejrzanym towarzystwie:



Ciekawe lektury (i jeszcze ciekawsze drinki):



Wreszcie - spotkanie z Mnemo!
A oto dowód - oto ON - jedyny i niepowtarzalny, grzeczniutki i śliczniutki - the one and only: MOPEK!



Mnemo zaprosiła mnie do domu, gdzie gadaliśmy (z Wu i Mopkiem) do nie wiem której, uśmiałyśmy się po pachi, a historie mazursko-kaczorówkowe były balsamem na me zmęczone jestestwo...
Dotarłam do hotelu (dzielnie odeskortowana przez Mnemo) po północy...
Zamówiłam taksówkę na 4.50 i przespałam się jakieś 3 godziny (co łącznie z poprzednią nocą razem dało 6 godzin snu stolicznego), po czym zadzwonił budzik. Jak duch blada, zwlokłam się do taryfy ciągnąc za sobą rollwalizkę... "Czy pani nie może spać? Kto to o tej porze taryfy zamawia?" - przywitał mnie "słodko" taksówkarz. "Bo ja proszę pana już chcę do domu" - odpowiedziałam i z godną podziwu odwagą cywilną, dodałam: "Wie pan, Warszawa jest spoko, ale nie ma jak to u mnie na wsi".
Jechaliśmy w milczeniu na Centralny, gdyż nawet warszawski taryfiarz potrafi stracić niekiedy rezon. Na Centralnym czekał już na mnie pociąg. A gdy zobaczyłam z okna bloki Lidki i jej przejazd "kijkowo-spacerowy", poczułam się jak u siebie. Najlepiej zaś, gdy wysiadłam w porannym, rześkim powietrzu naszej sosnowej stacyjki. Nawet komety mają swoje mety;) Tam czeka na nie palenie w piecu i głodne zwierzęta...

PS. Dziękuję Mnemo za wszelkie podarki i gościnność, za wspaniałej urody mikro-kanapeczki, za to, że zabrała mnie do knajpy, w której psy są obsługiwane z tą samą atencją, co ludzie;) Za całokształt.

A oto rozmowa z Księciem Małżonkiem po powrocie:
- Kto to jest Mnemo?
- No Mnemosyne.
- Mnemosyne to wiem.
- To po co pytasz?;)

Oto właśnie Mnemosyne - na ścianie u Mnemo:


Idę spać;))))


środa, 6 kwietnia 2016

Kret, konie, żubry, dziki i daniele;)

Kret jest w ciągu - mam pootwieranych tyle frontów robotniczo-chłopskich i inteligencko-stolicznych, że naprawdę nie wyrabiam na zakrętach, mimo że ze Strzały wyjęte mam większość siedzeń i obecnie robi za dość dociążaną towarówkę;)
Nie obywa się bez wspomagania - przy życiu trzyma mnie zielona kawa i ciekawa jestem, jak długo na tym dam radę w takim tempie;)
Dzieje się w chałupie, dzieje się w chlewiku, dzieje się na strychu i dzieje się w ogrodzie - z każdej strony coś nowego, z każdej strony ciągły ruch i wszędzie jestem niezbędna.
No - nie ma lekko. "Mama, masz po prostu za dużo talentów" - skwitowała ostatnio Księżniczka i, jak na pannę w jej wieku przystało, dodała z emfazą: "Kto ma wiele talentów, od tego się więcej wymaga - przecież wiesz. Popatrz na Tatę - on nie jest zbyt przydatny i wszyscy mu dają spokój". Mędrzec z Ludowej Republiki Chińskiej sam by tego lepiej nie podsumował;)
Przepraszam zatem bardzo za brak postów, ale taka karma;) Muszę z tym żyć, a żyję (nawet jak na siebie) bardzo intensywnie.
Na prośbę Księżniczki ostatnim razem, gdy przemykaliśmy przez Gołuchów - wstąpiliśmy do żubrów. A tam - niespodzianka. Nie tylko żubry, ale i inne zwierza, niektóre fajniutkie całkiem;)


Dowiedziałam się wiele o ich historii;)


Żubrzyska leniwe jak się patrzy:


Inni po prostu jedzą;)


Jeszcze inni mają wszystko w nosie - całkiem dużym nosie...


Tylko niektórym che się ruszać:


A ten - siedział sobie i w ogóle się nie bał - pozował jak Anja R.;) Kto to? Nie mam pojęcia, co za ptica:


I już mykaliśmy do Strzałki, bo w niej czekały na nas nasze zwierzęta podwórkowe;)
Opracowaliśmy też plan: gdy już ogrodzimy ugór i założymy tam "park", to wpuścimy sobie tam parę danieli;) Podoba mi się bowiem nazwa "zwierzęta parkowe";)
O sadzeniu parku, a zwłaszcza daglezji - następnym razem - tylko - kiedy???;)
Z robociarsko-kułackim pozdrowieniem
Kret;)

środa, 23 marca 2016

Dlaczego lipa?

Nasze lipy są naszym dobrem podwórkowym, o które dbamy specjalnie - nikt z nas im nie przeszkadza. Lubimy na nie patrzeć, lubimy słuchać jak latem brzmią ciężkie od pszczół, bez słowa skargi grabię tony liści, a okno mojej przyszłej pracowni będzie z widokiem na ich korony. Każdy, kto zna nasza historię wie, że to właśnie w tych lipach się zakochałam, zanim jeszcze zobaczyłam dom. A po mnie Książę i Księżniczka, i każdy z naszych gości...
Ale lipy mają swoich wrogów w okolicy i doprawdy trudno powiedzieć, kogo konkretnie. Od czasu do czasu dochodzą do nas tylko słuchy i komentarze o "brudzących lipach", "lipach, które zagrażają" i "lipach, które zasłaniają światło".
O tym ostatnim problemie słychać było już od pewnego czasu - od kilku lat mniej więcej. Że lipy zasłaniają światło z lampy, bo idzie ono w liście, a nie na chodnik i we wsi jest ciemno. Przez moją lipę. Natomiast zupełnie nie dlatego, że lampa wisi na co drugim słupie i że światło gaśnie tak czy siak koło północy. Nie. Winna jest lipa. Której korona jest właściwie NAD lampą... Widać jednak, że drzewo było często golone - przez co ma bardzo dziwny, zaburzony pokrój.



Kilka tygodni temu podjechał ktoś i powiedział mi przez płot, że "Będziemy obcinać gałęzie tej lipy" i że mogę się nie zgodzić. Nie zgodziłam się. Odjechał jak niepyszny. Nie wiem kto go nasłał, nie wiem, dlaczego właśnie do mnie. Sołtyska też nie wie. Może gmina? Wszystkie drzewa przy drodze obcinali, może chcieli i moje, z automatu...
Przedwczoraj byłam w mieście, a gdy lądowałam po dziesiątej w nocy na podwórku, zobaczyłam słup elektryczny rozciągnięty pod lipą na polu sąsiada i zagrodzony czerwoną taśmą. Ki czort?
Wszystko wyjaśnił Książę Małżonek - energetyka podjechała, zrzuciła słup i powiedzieli, że będą wymieniać jutro stary na nowy w ramach modernizacji linii. Na to Książę, że ok, ale nie wolno podcinać lipy. Na to oni, że trzeba. Na to on, że nie zgadza się, drzewo jest jego i kwita. Na to oni, że się zastanowią, ale muszą ten słup zmienić. W razie czego Książę przecież pozwoliłby słup wymienić, bo słup za płotem przecież stoi i jak trzeba to trzeba, ale nadzorowałby podcinkę gałęzi i na pewno nie pozwoliłby opitolić drzewa. Kolejnego dnia, czyli wczoraj, podjechali, zabrali słup i tyle ich widziałam.



Więc muszą czy nie muszą go zmienić? Mają jakiś plan pracy i wytyczne, czy nie mają, a może byli przez kogoś nasłani? Zaczynam  wierzyć w jakiś spisek anty-lipowy, bo wszystko to strasznie mi śmierdzi. Ale - dlaczego nikt nie powie, jak jest, jakie są prawa i obowiązki względem lipy i elektryczności, dlaczego gmina nie napisze czegoś do mnie albo nie poprosi na rozmowę, jeśli to gminie oczywiście zależy na tym, żeby "było jaśniej"... Nie rozumiem tego. Spraw się tak nie załatwia. Trzeba jasno i otwarcie mówić, w czym jest problem. Ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależy jest się skonfliktować z kimś/czymś o drzewo. Ale - wydaje mi się, że jestem wkręcana w jakąś nieczystą sytuację.
Muszę, za poradą Mnemo, co prędzej powiesić na niej kapliczkę... Biedna lipo, dlaczego Ty?;)

piątek, 18 marca 2016

Święty Antoni ingeruje...

Dziś temat super na czasie - sprzątanie i modlitwa - bo przecież idą Święta!
W moim malutkim domeczku wszystko musi mieć mniej więcej swoje miejsce, inaczej - koniec świata! Zanim kupię nową rzecz, muszę pomyśleć dobrze, gdzie ją schowam i czy znajdę dla niej miejsce - dzięki temu wciąż jestem minimalistką na swój Kreci sposób. Każdy przyniesiony do domu przedmiot, a ostatnio - co z bólem przyznaję - każda "fizyczna" książka, wymaga przecież przestrzeni...
Mimo wszystko kupno mopa parowego zostało zweryfikowane pozytywnie. Przy naszym trybie zwierzęco-ludzkim i anty-chemicznym mop parowy to jednak dobry zakup, mimo wszystkich wad, jakie posiada. Zakupiłam więc wersję podstawową jakiś czas temu i testowałam ją w zeszłym miesiącu na różny sposób. Zanim jednak odkryłam wszelkie zalety tego urządzenia wydarzyło się coś niezwykłego, co sprawiło, że nagle nić między niebem z ziemią zrobiła się jeszcze mocniejsza;)
Tuż po tym, jak kurier przywiózł mopa, próbowałam go zawzięcie na podłogach, gubiąc jednocześnie z oczu, z myśli i radaru resztę "ważnych końcówek do przezbrojenia mopa na myjkę ręczną". Zgubiłam je po prostu w momencie, gdy je rozpakowywałam. Szukanie trwało kilka dni. Mop mył podłogi, ale nie mogłam sprawdzić innych jego funkcji i bardzo mnie to wkurzało. A najbardziej to, że nie wiedziałam, co się z tym wszystkim stało... Szukałam wszędzie... Kilka dni. Z pomocą rodziny, psa tropiącego i kota szperacza. Nie ma.
Poddałam się. Trudno. Okna umyję ręcznie i tyle. Gdy jednak zabierałam się do sprzątania któregoś dnia wzniosłam szybką i niezbyt elegancką modlitwę do Świętego Antoniego. Powiedziałam Mu mianowicie tak: "Święty Antoni, nie masz zmiłowania! Widzisz, jak przydałaby mi się teraz ta myjka, a tak muszę się męczyć... Pomógłbyś, chłopie, bo jak Ty mi nie pomożesz to już przecież nikt". Nie minęła minuta, a nagle w głowie słyszę głos - i teraz nie żartuję - głos Świętego Antoniego, bardzo przyjemny i wyraźny jak nigdy przedtem: "To, czego szukasz jest w kartonie z mąką".
No żart chyba. Kartonu z mąką nie otwierałam jeszcze wcale, jest zaklejony... Ale wobec takiej siły perswazji nie pozostałam obojętna, pobiegłam do korytarza, gdzie stała, prosto z poczty polskiej przywieziona, paka z mąką. Karton rozcięty! Otwieram, wkładam rękę między torebki mąki - jest cały komplet końcówek do mopa, łącznie z dyszą do mycia okien!
No, musiałam Mu podziękować. I co Wy na to? Nie można pozostać niedowiarkiem po takim wydarzeniu! I jakie to wspaniałe tak odczuć na sobie (i usłyszeć!) taką interwencję!
PS. Oprócz Świętego Antoniego zatruwam życie jeszcze niemal codziennie Świętemu Krzysztofowi (uratował mnie na drodze wiele razy) i Świętemu Hubertowi (podobnie), w czasach naprawdę ciężkich - Juda Tadeusz. Cuda dzieją się tu i teraz, mościmbdzieju;)

poniedziałek, 7 marca 2016

Obity czajnik i dwa serwisy;)

Uwaga - jestem zagrypiona na całego, czytacie na własne ryzyko. A jak można się zarazić jakowymś wirusem przez kompa od Kretowatej?
Dostałam dziś antybiotyk rozmiarów piłki lekarskiej, srogi prikaz siedzenia w chacie (A jaki to był wyczyn dziś rano zwlec się do lekarza!), Książę nanosił mi węgla do kotłowni - jednym słowem - powaliło Kreta. A za oknami sąsiad nawozi pole, świergotają wróbliszcza, wszelka natura sposobi się do wiosny a Kret w betach leży!
Mam zatem chwilę, żeby opisać, jak to Kretowata kupiła sobie nowe naczynia;)
Kto zna Kreta, ten wie, że naczyń u niego pełniuteńko, a chatyna maleńka.
Kupować coś, czego tyle mam to bardzo po konsumersku - Kretowata unika. Ale - chciałoby się raz po raz wypić herbatkę z czegoś fajnego. Na to wszystko napatoczył się dość tani Wedgwood w kolorze zgaszonej czerwieni - takie lubię najbardziej, chociażem nigdy nie kupowała, zawsze tylko podziwiałam z oddalenia;) "Ach, raz Kretu konsumpcyjna śmierć" - powiedziałam sobie i zakupiłam nieco zdekompletowany serwis do herbaty w okazyjnej cenie na allleallle. Do kompletu zaraz dołożyłam czajnik emaliowany w kolorze strażackiego wozu, żeby mi pasował do gaśnicy. Stary czajnik był już dość obity, a jak z takiego obitego nalewać w Wedgwoody? - choćby nawet zdekompletowane;) I zadowolony z siebie Kret spoczął na konsumenckich laurach, tudzież w oknie, i wypatrywał kuriera.
Przyjechała paczka. W paczce - czajnik. Jeszcze nieobity. Ale odebrałam go przez płot jedną ręka, a drugą chciałam od razu zgarnąć Mruczysława z lipy, no i... hm... Mam nowy, całkiem piękny, czerwony czajnik, pasuje do gaśnicy ton w ton, jest tylko nieco z jednej strony obity, ale jak się obróci do ściany to nie widać;)
Zaraz tego samego popołudnia przybył przemiły kurier z drugą paczką. Nieco spłoszona losem pierwszej, bardzo ostrożnie podchodziłam do drugiej. Niepotrzebnie. Porządnie opakowana paka stała na chodniku, opisana "nie rzucać"i czarnym markerem "SERWIS". Przemiły kurier sam wszystko zrobił - wyładował, kazał podpisać, rzucił uśmiech jeden, drugi, w końcu zaofiarował się, że zaniesie, bo to ciężkie ("Zaniosę pani chociaż pod dom, bo to waży 30 kilo"). "Hm... cztery filiżanki, dzbanek i mlecznik - 30 kilo???" - myślałam biegnąc za przemiłym kurierem. A on już postawił pakę na schodach, już zawrócił, rzucił uśmiech, wsiadł w auto i... tyle go widzieli.
Patrzę ja na tę pakę, a to... adres mojego sąsiada przecież! Dzwonię do niego - o jak się ucieszył! Jego spawarka wróciła  z serwisu! Jak serwis, to serwis, nie?
Mój "serwis" przyjechał dopiero dzisiaj (3 tygodnie!), bo pan z allealle złamał pono nogę i nie mógł wysłać wcześniej. Paczka była nieopisana wcale - ani "nie rzucać", ani "ostrożnie" - nic. W zaimprowizowanym kartonie z pudła po lidlowych pomidorach walały się luzem wrzucone poszczególne części rzeczonego "serwisu" - bez folii bąbelkowej, jeno w gazetach... jak to dojechało w całości - nie mam pojęcia! Dość, że jest.
W sam raz na gorącą herbatkę dla chorych konsumentów;)


piątek, 26 lutego 2016

Spotkanie "blogowe" - ogrodnicze

Byłam dzisiaj na spotkaniu blogowym - "pogardeniowym". Ja nie byłam na targach, a jedynie w pracy, ale też i gdzie mi tam do tego ogrodniczego święta;) Bo spotkanie było typowo zorientowane na ogrodnictwo, z lekkim nachyleniem na hodowlę koni;) Dowiedziałam się też, że istnieją lampy grzewcze do ogrodu i "mendejsy"...
Wśród specjalistów od uprawy cudów i powojów - ja, ktoś, komu nawet uschnie tujka-chujka - wypadłam doprawdy blado. Niezbyt pewnie odpowiedziałam na pytanie o cyprysy i cyprysiki, które swego czasu posadziłam, ale nie ma to i tak większego znaczenia, gdyż wszystkie już dawno szlag trafił;) Taka karma;) No cóż, dał mi Pan Bóg wiele darów, ale "ręki do roślin" poskąpił;)
Miło spędziłam wieczór w towarzystwie blogiń: Ani z Brzeziny Mojej, Magdy z Zielonej Pracowni, Megi Moher, Grażyny, Niezapominatki i Felice, Magdy z Barw Ogrodu, mężów i przyległości... Za zaproszenie dziękuję pięknie Ani z Brzeziny, jak również za wybór miejsca i czasu, które akurat w tym roku pasowały mi idealnie.
Spotkanie było rozgadatliwione na maksa, ale przecież nie mogło być inaczej;) Obgadałyśmy niektóre nieobecne (i obecne), zjadłam podstępnie głęboki talerz kluchów ze szpinakiem - i już musiałam pędzić na pociąg do chaty;)
Acha - musicie mi wierzyć na słowo - nie zrobiłam ani pół zdjęcia;)
Dzięki raz jeszcze - padam na dziób, bom dzisiaj nieco przeczołgana;) Dobranoc.