Popularne posty

wtorek, 22 lipca 2014

Idzie Kret przez wieś;)

od MM-a. Strzała zachorzała, trza było odprowadzić. Idę sobie zatem nazot, a wokół grają bizony i sypią w oczy czym popadnie, z pól słychać tłuczenie młotkiem w oporne żelastwa, które zawsze psują się na samym środku, rzucanych koorew już nie słychać, ale są, są na pewno. Podobnie jak te prawdziwe, które rozebrane prawie do naga stoją sobie w lesie. Ale kto by ta mioł czas?
Drogą ciągną sie przyczepy pełne beli słomy, a w kabinach traktorzyści spaleni słońcem i zmordowani upałem - żniwa. We wsi cisza, gdy komabajny wyjadą, zostają tylko kobiety i dzieci.

- A co na łobiot robisz dziesiej swojimu?
- A ta, pszesmrodzo i pszesmrodzo, duszune pyry dzisiej mo i mizerie, bo ogórki mi poprzerastały. Kawoł mincha z zupy i kumpot z porzyczek!
- Ło to ładnie! u mnie ta dzisiej karkófka z sosym i buraczki. A po surófke ide do składu!
Zmawiają się przy płotach sąsiadki z innej dzielnicy;)

- A nie chcesz tam jabłek trochę? - krzyczy moja Sąsiadka.
- A chce - odkrzykuję się przez bizona.
- To se nazbirej! - krzyczy ona.
A zza jej pleców Sumsiot macho rynkum, żeby wejś. Wchodzę. A tam w garażu dopiroz!!! Tojotka bumbninto!!! W doope! W powiatowym mieście! Sumsiot czeko tero na pezet-u. Szkoda tojotki.

Obgadalimy co tam trza, tyż o Strzałce, co trza zrobić i że nie wiadumo, trza rozebrać najsampierw, a tu sms od Siska. Że mi podrzuci to swoje i czy może? Co sie goopio pyto - uwielbiam moja siostrzenicę przecież.
Zaro ino na podwyrek, ściuńć trawe, żeby pszczoły nie chodziły po koniczynie, bo poźrum, pozbirać Krukowe goowna, bo wdepnum, rozłożyć basen i nagrzoć wody, bo się zaś przezimbium, nagotować łobiot, hamak powiesić nazot jak był, lotanio, że fest!
A tu drze się zaś Sumsiotka przy bramie przez bizona:
- A tu mosz kapuste na łobiot - już posiekano! Ino gotuj abo co! A tu mosz ogórki na mizerie! A tu mosz japka na placek! A tu mosz takum spódniczke dla Mały uszyłam z taki resztki.

Spódniczka była zapakowana w taki mega-cukierek;) Wspaniała, haftowana, bawełniana;)


 Rzeczona kapusta:

 Mizeria in spe:



Morze i wszystko, co się z nim wiązało poszło sobie w niepamięć, zabiera mnie wieś i jej życie, spadam do kuchni, byde kisić tum kapuste - bo kto tero u mnie zji tyyyylachna kapusty??? Już posiekany!
A to dopiro południe, a dzie do wieczora? A jeszcze byde mieć bunanze z nimi tutej, ło matko, ło matko...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Raport;)

Już jestem;) Opalona jak czarna oliwka, zasolona jak dorodny śledź, wypoczęta jak... no, nie wiem - złapana w sieci makrela? Z Księżniczkowym towarzystwem słowo "wypoczynek" nabiera innego znaczenia, co nie znaczy, że wolałbym i umiałabym "wypocząć" bez Książęcej bandy;))) Przejechałam prawie tysiąc kilometrów, całe szczęście, że tym razem na autopilocie;)Trasę znam na pamięć, bo co rok meldujemy się w tym samym miejscu. Po takiej trasie można już przyznać Złote Krety, choć niewykluczone, że w tym roku rozdanie będzie powtórzone...
Zatem - Złotego Kreta w kategorii najwspanialszy posiłek na trasie zdobywa pewien zajazd między Obornikami a Piłą, gdzie podano mi naprawdę dobrą jajecznicę na pomidorach z naprawdę dobrym espresso, choć pani pytała się trzy razy, czy wiem, jak mała jest ta kawa...
Złotego Kreta w kategorii "wszystko dla wegetarian" zdobywa stacja Orlen w Chodzieży, gdzie dla wegetarian "nie ma nic", choć oczywiście są hot-dogi, ale podejrzewamy, że w nich jest jakieś 2-3 % mięsa, więc nie jadamy;)))))
W kategorii najuprzejmiejsi kierowcy na trasie statuetkę zdobywa Ujście - co prawda nie można się tam zgubić, ale tych kilka kilometrów przez miasteczko jedzie się z prawdziwą przyjemnością. W kategorii wręcz przeciwnej pierwszeństwo zdobywa Koszalin - najgorzej oznakowane miasto północnej Polski, które ma fajną obwodnicę, ale z jakichś względów trzyma to w tajemnicy;) Nikt tamtędy nie jeździ i wszyscy gniotą się w korkach przez miasto, gdzie koszalińscy kierowcy trąbią na wszystkich i wszystko...
Złotego Kreta dla najbardziej odjechanej miejscowości na trasie zdobywa Ubiedrze, mimo, iż miało silną konkurencję w postaci Chwalimia i Omulna. W Chwalimiu można zamieszkać, gdy nikt nas nie chwali, a Omulno kusiło mnie swa nazwą, gdy wracałam i byłam nieco "zmęczona wypoczynkiem";)
Złotego Kreta za największe dziury-niespodzianki zdobywa odcinek między Piotrowem a Gołuchowem - przyczajona dziura, ukryta jama, po kilku kilometrach super nawierzchni dla uśpienia czujności kierowcy.
W kategorii "miejsce sądu ostatecznego" Złoty Kret wędruje do Obornik, gdzie na wiadomym wiadukcie, za nim lub przed nim stoi się ZAWSZE w kilometrowych korkach, to taki trójkąt bermudzki;)
W kategorii tekst trasy wygrywa jak zwykle Księżniczka, która pytanie "daleko jeszcze?" zadała chyba z milion razy, a w końcu - gdy już opalała się na plaży, odezwała się w te słowa; "Mamo, daleko jeszcze??"
Złotego Kreta dla najlepszego nawigatora otrzymuje bezsprzecznie Książę Małżonek, gdyż nie musiał robić nic, bo znam trasę na pamięć;) Gdy raz spróbował i podpowiedział mi tonem GPS-owym: "Za 50 metrów skręć w lewo" - okazało się, że jest to 250 metrów i w prawo, co go niepomiernie zdziwiło, więc zamilkł, a na swoje usprawiedliwienie bąknął: "Bo ja jestem GPS pałubiczny";) Cóż za samoświadomość;)
Pierwszy raz na wakacjach była też z nami Strzała, i spisała się na medal;) Zwłaszcza liczy się to, że przywiozła więcej staffu niż wywiozła, i zdołała zmieścić jeszcze dwa nadmuchane koła, Panią Kaczkę, wiaderko piasku z plaży, dwie butelki wody z morza i siatki muszelek "arcyniebałtyckich".
Kruka z nami nie było - jakkolwiek psy kocham miłością dziką nie lubię ich towrzystwa na plaży i nigdy nie zabieram. O tym, jak zachowywały się na plaży psy, ludzie, kuracjuszki, sztygarowie i roznosiciele kukurydzy - następnym razem. Teraz muszę się ogarnąć.

PS dla Piotra - Piotrze!!!! Zakrzyczano mnie w samochodzie - żadnego zjeżdżania z trasy, bo nad morze się im spieszy, bo do psa z powrotem im się spieszy - ale następnym razem odwiedzę Węgorzewo, już teraz ledwie się powstrzymałam;) Jeśli wyruszysz na południe, melduj się, zajedziesz do mnie;)
PS dla Izy - Iza myślę o tekście dla Ciebie, ale musze dorobić zdjęcia;) Darujesz mi jeszcze trochę czasu?
PS dla Aśki - odpisuję na maila;)

wtorek, 15 lipca 2014

sobota, 12 lipca 2014

Czy to pies czy to bies?

Kto pamięta ten sławny żart z "Romantyczności", który powstał dzięki Odyńcowi i Słowackiemu?
Przypomnijmy sobie początek:

Szło dwóch w nocy z wielką trwogą,
Aż pies czarny bieży drogą,
Czy to pies,
Czy to bies?

Rzecze jeden do drugiego:
Czy ty widzisz psa czarnego?
Czy to pies,
Czy to bies?

Żaden nic nie odpowiedział,
Żaden bowiem nic nie wiedział.
Czy to pies,
Czy to bies???

A ja wiem. Mój pies to bies. Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia rzucił się na przygodnie spotkanego rowerzystę i podarł mu koszulkę. .. Gdyby nie smycz...
Rowerzysta okazał się moim kuzynem... Koszulka kosztowała mnie dwa piwa i wieczór fajnej gadki przed meczem. Tak się Kruk zbiesił;)))
Chyba czas na kaganiec, bo browar będę musiała otworzyć...

piątek, 11 lipca 2014

Jak nie burza, to...

Wczoraj wieczorem, gdy Księżniczka wreszcie poszła spać, zasiadłam zadowolona do pracy - i wtedy, cholera, zaczęło grzmieć - musiałam odłączyć komputer, i wtedy, cholera, wyłączyli światło, a więc do łóżka. I wtedy, cholera, się zaczęło. Zamiast burzy, jak się należy, jeden z moich pomysłowych Sąsiadów rozsiadł się w samochodzie, w którym na cały regulator włączył sobie disco polo;))))
Była prawie północ. Ciemniusieńko w całej wsi. Żadnego, cholera grzmotu porządnego, żadnego, cholera, deszczu!!! Zza okna płynęły nam w uszy dźwięki piosenki, którą dzisiaj cały dzień nuci mi Książę Małżonek. Ani czytać, ani pisać, ani blogować, ani innej muzyki włączyć, ani spać - no nic... A piosenka za oknem płynie, oj, płynie, a tak żałosna, tak smętna, tak duszę podszczypuje... Zamykanie okien nic nie daje, bo to za blisko... "Może mu się akumulator wyładuje?" - spytał przytomnie Książę Małżonek, jak raz do rzeczy na tematy samochodowe...
Smętek, osmętnica czarna ściele się i podchodzi pod okna, a w aucie rozwartym zapewne, siedzi milczący i posępny Sąsiad, któremu ciężko na duszy... Nie było widać nic, za to słychać, że ho - ho;) No i znany szereg "jak nie urok to przemarsz wojsk (lub sraczka)" można pociągnąć dalej, np. tak: "jak nie burza to dwie godziny disco polo za oknem"...
A cóż to była za melodia, tak rzewna, zapewne ustawiona na autorewersie, bo zaiwaniała w kółko?
Ano ta:



A dziś nabyłam w miasteczku korki do uszu, gdyby mu jeszcze depresja powróciła.
A podobno na wsi cisza i spokój;)

czwartek, 10 lipca 2014

Kret i Szpak;)

Byliśmy u Sąsiadów, cały czas drżąc, bo wokół burza za burzą, a światło gasło to się zapalało utrzymując dodatkowo emocje na odpowiednim poziomie;) Po pierwszej połowie, doszczętnie sponiewierana niewyspaniem, nalewką Sąsiada i frytkami Sąsiadki (kto nie jadł wczoraj przed północą domowych frytek, ciętych na poczekaniu z młodych ziemniaczków, smażonych na chrupko w głębokim tłuszczu niech żałuje) wróciłam do domu, by paść na łóżko i dwie godziny później dowiedzieć się o karnych. A tak naprawdę - wyszłam tak szybko, bo nie było Szpakowskiego - jeśli on nie komentuje - dla mnie nie ma meczu;)
J'adore Szpaku;))))


PS. Leje jak z cebra trzeci dzień, błyska się i grzmi, nie ma prądu, wody, co się porobiło?

wtorek, 8 lipca 2014

Jak Kretowata Babcię zmartwiła...

Znałam kiedyś ciotkę Księcia Małżonka, prawdziwą szlachciankę z prawdziwego dworu, która w cudownym stylu i niepowtarzalnej atmosferze zaiste ziemiańskiego spokoju i wewnętrznego ładu dożyła pięknego wieku 103 lat. Gdy ją poznałam miała już pod setkę i z trudem nastawiała samowar, niezmiennie jednak go używała przy bardziej okolicznościowej herbacie. Mieszkała w cudownym domu, w cudownym ogrodzie, ale to nie jest temat na dzisiaj.
Dzisiaj tylko przypomnę, że kiedy ciotka K. miała setkę, jakoś tak w okolicy jej urodzin, opowiadała mi, jakim to jest strasznym doświadczeniem przeżywać starość swoich dzieci... Istotnie, jej trójka synów była wtedy już po osiemdziesiątce i każdy jakoś tam niedomagał: jedne stracił nogę, drugi był kompletnym sklerotykiem, trzeci nosił sztuczne zęby i był głuchy etc. Zwłaszcza ta demencja swojego najstarszego syna bardzo ją martwiła, sama bowiem do końca pozostała zupełnie sprawna na umyśle. I nie zapomnę tego zdziwienia w głosie, gdy mówiła: "A ten mój syn, jak on się zestarzał strasznie, wiesz, on jest kompletnie już otępiały, on tak zapomina, wiesz, on się mnie trzy razy o to samo pyta..."
Myślę, że coś takiego przeżyła ostatnio moja Babcia, i to nieco gorzej, bo w stosunku do mnie - czyli własnej wnuczki. Oto historia druga, z Babcią w tle.
Moja zalatanie, moja zabieganie i zapracowanie Babcię martwiło już wcześniej, dawała temu wyraz w znanym wszystkim syntetycznym stylu, o czym już pisałam tutaj:
http://wiejskoczarodziejsko.blogspot.com/2013/12/pusta-taczka.html
Z ulgą zatem powitała wieść o moim urlopie.
W czasie ostatniego weekendu do Babci zjechały jej dwie prawnuczki i dawały czadu wszędzie - w domu i ogrodzie, a ja pilnowałam tego towarzystwa (wielce nieprzewidywalnego) prawie całą sobotę.
Potrzebowałam wspomagacza-dopalacza, a z legalnych środków na wyciągnięcie ręki była tylko kawa. U Babci jest stary, dobry Krups ciśnieniowy, sprzed epoki kapsułek, przywieziony z samego Wiednia, który parzy doskonałą kawę, zatem - gdy już nie mogłam - udałam się na nanosekundę do kuchni i szybko nastawiłam, co trzeba. Jednocześnie starałam się bardzo dociec, z której strony domu teraz toczy się akcja, nasłuchując przez okno, gdzie największy rwetes. Włączyłam ekspres i wybiegłam do dzieci.
Za jakieś dobre 20 minut na werandę wychodzi Babcia i pyta się, czy nastawiłam ekspres na kawę, bo tak coś szumi w kuchni. Poszłam sprawdzić - owszem - szumiało na całego!!! Bo wszystko załączyłam jak trzeba, tylko zapomniałam nalać wody!!!!! Rozgrzane do czerwoności cielsko wiedeńskiego staruszka dyszało ciężko i na darmo usiłowało wytworzyć jakąś parę...
Babcia nie powiedziała nic. Wyłączyłam ekspres, odkręciłam pokrywę i zostawiłam do ostygnięcia. Za jakiś czas zalałam go ponownie, wszystko było ok, kawę zrobił, nie zepsułam tego skarbu;) Oczywiście ta przygoda znacznie ubarwiła garden party, bo miło jest się pośmiać z kogoś tak zdolnego inaczej, jak ja;)
W niedzielę rano, po pamiętnym kiderbalu, powtórka z rozywki: wstawiłam ekspres, zaczynając od tego, żeby nalać wodę - nie zaniedbać tego tym razem, zamiast jednak aromatycznej kawy dostałam ledwie zabarwioną lurę, gdyż... tak, tak - zapomniałam nasypać kawy!!!!
I gdy tak stałam w kuchni i wgapiałam się - dość wydziczona - w dzbanek pełen burej cieczy, cicho weszła Babcia i z prawdziwym niepokojem w głosie, tonem do złudzenia przypominającym ton ciotki K., przemówiła w te słowa:
- Co z Tobą, dziecko?

niedziela, 6 lipca 2014

Babcia Kretowatej i mundial...

Takiej Babci, jaką ma Kretowata nie ma nikt;) Mam po tym weekendzie dwie świetne historie, dzisiaj numero uno;)

W związku z wczorajszym garden party mojej czterolatki, zjechaliśmy do Babci i wszyscy gremialnie mieliśmy wyruszyć na imprezę.
Ale - od południa coś zaczęła przebąkiwać, że jej się nie chce, że się źle czuje etc. Jak zwykle w takich razach (zważywszy na wiek Babci - 89 - i jej serce) było mierzenie ciśnienia, wysłaliśmy Babcię na spoczynek do chłodnego pokoju, w końcu - sugerowaliśmy, żeby została w domu, na co ochoczo się zgodziła. Ale precedens rodzi kolejne przypadki niesubordynacji, na które nie trzeba było długo czekać...

Jako opiekun Babci i strażnik jej spokoju, a także - uwaga!!! - wyprowadzacz psa Kruczka!!! - zgłosił się Książę Małżonek. Że zostanie z Babcią, że w razie czego, że pies, że dom i w ogóle...
O oznaczonej godzinie zatem spakowałam resztę towarzystwa i pojechaliśmy na kinderbal w ogrodzie z trampoliną (od skakania na której cały wieczór boli mnie dziś wszystko), a Książę i Babcia zostali w domu, gdzie... tuż po naszym wyjeździe Babcia cudem ozdrowiała, zeszła na dół z flaszeczką czegoś mocniejszego i cały wieczór pełna emocji oglądała z Księciem Małżonkiem mecz Belgów z Argentyną.

Po naszym powrocie częstowała wszystkich ajerkoniakiem i szykowała się na Kostarykę - Holandię, gdyż wybitnie kibicuje Holandii. Dziwiła się bardzo, że idziemy spać. Po balu dziecięcym myśmy się sobie w ogóle nie dziwili;))) A Książę Małżonek dzisiaj w samochodzie mówi: "Wiesz co, Babcia chyba ściemniała, żeby nie jechać, nie wyglądała na chorą, chciała po prostu w spokoju obejrzeć sobie mecz";)
PS. Kruczka zabrałam na spacer, naturalment, po powrocie;)))) Co było do udowodnienia;)
PS2. Też będę taką Babcią, jak bum-cyk-cyk;)))) Mam taki plan i... takie geny;)

sobota, 5 lipca 2014

Jest impreza!!!

Moja chrześniaczka robi garden party i animuje: "a teraz śpiewajcie!!!" - no to śpiewamy!!! 100 lat!!! Piękny wiek;)))