Popularne posty

sobota, 31 stycznia 2015

Manowce, oj, manowce;)))

Manowce czyhają... wszędzie - czasami mam wrażenie, że nie ma nic, prócz... manowców;))) od wczoraj - jakby nie iść, ląduję na manowcach...
Miałam iść do biblioteki po pracy - ale - spotkałam kogoś, skończyło się w kafejce - och... manowce.
Gdy zatem, taszcząc w torbach nietknięte kniżki, z trudem brnęłam na pociąg, obiecywałam sobie, że poczytam, że zacznę już w pociągu - ale... zasnęłam... manowce.
A u mnie na wsi, manowce są wszędobylskie: to poprawić, tamto zamieść, tu pozmywać, tam posprzątać, z dzieckiem  lekcje nadrobić, bo nie było w szkole tydzień (zapalenie ucha)... a robota wrzeszczy - manowce...
Słodyczy nie jeść, alkoholu nie pić - ale jak, skoro dzisiaj dzwoni Sumsiotka, że upiekła pączki (!!!!!) i czeka, a w takich razach Sumsiot wyciąga z szafki koniaczek... manowce...
A miałam iść pobiegać...
A miałam popracować...
A miałam poczytać...
A miałam...
A w doopę!!! - bo "umarło tylu, tylu, tylu" - zapewne w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, więc choć noc nie dżdżysta, a apaszkę ostatnio zgubiłam na rowerze, niosę swój grzeszny garb w stronę mgławicowych sióstr i - choć daaawno tego nie robiłam - zapuszczam na pełny regulator SDM (to trudna miłość: ja i oni, od czasów wiecznych łazisk po beskidzkich szlakach, a im dłużej się łaziło, tym miłości były trudniejsze;). Aż Książę Małżonek wychodzi z łazienki zadziwiony i pyta: "Co ci się stało???"
- "Ano - zbłądziłam na manowce" - mogłabym w sumie stwierdzić zupełnie szczerze. I zaraz potem dodać, żeby nieco sprowadzić nastrój ku ziemi: "I zajebiście!"
Ile razy ktoś specjalnie dla was upiekł pączki??? Ile razy ktoś z drugiego końca świata spontanicznie poszedł z wami na pogaduchy?? Ile razy zamiataliście duży pokój obiecując sobie, że to "ostatni raz", kiedy daliście psu drewno rozpałkowe do zabawy??? Ile razy słuchaliście Sąsiada, który wspominał, jak to prowadził z siodła korowód dożynkowy??? No ile???
I ile razy wlokąc się ostatkiem sił na pociąg, który miał was zabrać z miasta na weekend, słyszeliście TĘ PIOSENKĘ w przejściu podziemnym, śpiewaną przez gostków z gitarą, którzy jako żywo przypominali waszych dawnych "gostków z gitarami", i słyszeliście ten sam "zawodzący śpiew"?
No ile???
Zawsze za mało.
Bo, kurna, manowce są piękne, manowce są cudne - życie bez nich nie ma sensu - i tego się trzymajmy;))

Cudnego manowcowego weekendu!!!

piątek, 30 stycznia 2015

A tymczasem na strychu...

Krasnoludki działają jak wściekłe, choć zrywami;)) Od czasu do czasu - w miarę wolnych chwil - ale efekty widać;) Jeszcze ze dwa miesiące pracy "z doskoku" i będzie podłoga;))
Potem Kretowata już ma pomysł na to, co będzie się działo dalej...
Niestety - a może nawet i "stety" - z resztą prac adaptacyjnych trzeba będzie poczekać na naprawę dachu przy kominie. gdyby nie to, że krasnoludki rządziły tam ostatnio w czasie ulewy, nie dowiedziałabym się, że dach wokół komina jest tylko "położony", bez żadnej "wcinki", uszczelnienia ani kołnierza - bez niczego - jak dobrze zacina, leje się po kominie jak ta lala...
Krasnoludki tu nie pomogą, potrzebny jest dekarz - a więc wiosna nas zastanie, a zapewne i lato.
Ale nie panikuję, bo to lajftajm prodżekt i póki co - mamy czas;)
Ścianki planuję zbudować samodzielnie - karton-gipsy lekkie i łatwe w obróbce, nie to, co najgrubsze OSB;))
Taki widok raduje Krecie serce;)
Przymiareczka:
Przeróbeczka będzie konieczna:
Sprzęcik pod rączką (skompletowany skąd się dało);))

Jeszcze kilka ładnych lat i... będzie "góra";)) Z każdą płytą bliżej...
PS. Gdy skończę górę, wezmę się za stajnię;) To jeszcze, jeszcze, akurat wnuczkom kucyka wstawię;)

wtorek, 27 stycznia 2015

Jak coś zakupić i od razu mniej ważyć;)

Kilka łaaadnych miesięcy temu Księżniczka zepsuła naszą wagę łazienkową. Po prostu chciała zobaczyć, co jest w środku, pod taką szybką... No i resztę znacie. Waga nie była nikomu do niczego potrzebna, aż do mniej więcej zeszłego miesiąca, gdy to zaczęłam zauważać, że mam problem ze zmieszczeniem się w dżinsy, sztruksy, a nawet bryczesy (które jesienią były kupione na aukcji i przeto dwa numery za duże)... Zeszłoroczne sukienki wyglądają na mnie jak na ludziku miszelenku;) Hm...
Oprócz więc silnego postanowienia poprawy dietetycznej (żadnego chlebka, makaronu, ryżu, słodyczy, alkoholu), postanowiłam zakupić wagę. Przyrzeczenia dietetyczne złamałam dość szybko, wagę zakupiłam jak się należy. Prosta, zwykła, "bezobliczeniowa", łazienkowa, za całe 30 złotych polskich.
Przyjechała kurierem. Została wypróbowana. I zonk!!! Na tej wadze ważę średnio 7 kilogramów mniej, niż gdy ostatnio się ważyłam!!! Ta waga kłamie!!! To niemożliwe!!! Tyle, co ona teraz pokazuje nie ważyłam nigdy, nigdy ever!!! Przestawiłam ją na funty - tyle samo, tylko w funtach, jak można się było spodziewać;) Ale przecież ja tyle nie ważę!!! Na oko mam dobre 8 kilo więcej, a znam się jak nikt do cholery!! No znam tę Kretowatą babę, bo żyję z nią już prawie 40 lat!!!
Wiem, że ważę za dużo!!!!
Kazałam wypróbować wagę Księciu Małżonkowi. Powiedział, że w wolnej chwili to zrobi. Ale jakoś wolnej chwili nie było, a dziś miastowaliśmy oboje i na tę intencję, a także dlatego, że Książę zaniepokoił się moją niską (!!!!!) wagą, zamówił mi dziś przed pracą takie coś - żebym nieco "nabrała ciała";))) No bardzo śmieszne;))) Ale jakie pyszne;)))



A na odchodnym, gdy już opróżniłam oba (!!!) talerzyczki, ze spokojem Książę Małżonek zakomunikował, że rano próbował, że waga jest dobra, nie przekłamuje wcale - on tam waży tyle, co zawsze;)
To ja już nie wiem, co się dzieje!!! Czy to te przebrzydłe krasnoludki???? Siedzą, cholery, w szafie i zwężają wszystko, jak leci! To dlaczego Księciowego nie ruszają odzienia??? I dlaczego ruszyły bryczesy, których do szafy nie wkładam? Hę???? A jeśli ta waga jest magiczna??? I każdemu pokazuje wymarzone cyferki, żeby mógł bez przeszkód cieszyć się życiem??? Hm... To będę ją udostępniać za opłatą, może być nawet uiszczana w torcikach, co tam;)))

sobota, 24 stycznia 2015

"Nie ma dobrych blogów";)

- powiedział Książę Małżonek i złożył następnie propozycję: jeśli ja zamknę mojego bloga, on zrobi coś, o co dawno już mu suszę głowę;) Natychmiast!



Z wielu względów moje blogowanie mu absolutnie nie odpowiada:
1. zazdrość;) - mówi, że nie ma czego zazdrościć, ale tak naprawdę musi mu być przykro nieco, gdy jest mężem "tej blogerki";)
2. syndrom "bohatera powieści" - oto w sposób nieprzewidziany w scenariuszu i zupełnie nagły został wkręcony w pewną opowieść, która ma znamiona fabuły i niezbyt dobrze się czuje w tej roli;) Przy okazji zatem apel - mężowie i dzieci blogerek! (tudzież znajomi, koledzy, przyjaciele!) - nikt nie zna dnia ani godziny, gdy pojawicie się w jakiejś historii czy poście - i trzeba z tym żyć i nikt Wam tego nie zdejmie (a w wersji dla pozytywnych - nie odbierze;)
3. nowi znajomi i ich MOC - moc, która bije z blogowych znajomości, przychodzi pocztą w paczkach, przyjeżdża z naręczem kwiatów (jak Rogata Owca), z płotem w bagażniku (jak Hana), moc, która zaprasza do siebie na drugi koniec Polski (jak Gosia i Kamphora) - taka moc PRZERAŻA  Księcia Małżonka - i dobrze;)))) Bo mamy MOC i MOC będzie z nami;))))
4. wielu starych znajomych, którzy odkrywają nasze "ukryte oblicze" - oto Książę Małżonek odpowiadać musi na takie pytania: "To wy mieszkacie gdzieś w lesie????", "Macie elektryczność??" "To ile trzymacie tych koni?" - bez komentarza;))))))))))))))))
5. czas - czas, który poświęcam na blogowanie mogłabym poświęcić na gotowanie czegoś pysznego - zupełna strata materiałowa;)))
7. chwyt podprogowy - "marnujesz się" - ma związek z powyższym o czasie;)))))
6. w końcu - "ja sobie nie życzę" - no z tym zupełnie nie można dyskutować, należy to po prostu ignorować;)
Czy tylko Mój tak mo? Czy Wasi tysz tak majum?
PS. Na wszelkie szantaże emocjonalne jestem uodporniona - niczego nie zamknę, jeśli sama naprawdę nie zechcę;))) I nie szkoda to energii na takie gadanie po próżnicy??? Ugotowałby coś w tym czasie;)))))))

piątek, 23 stycznia 2015

Kret i dwóch "AK-owców"

Jestem zawalona robotą, nie widać mnie, zupełnie ginę pod stertami różności, więc nie pisałam, za to jeździłam pociągami;) Dawno nie było o pociągach, a przecież zawsze są w tle, gdyby nie Lidka - zupełnie by o nich nikt nie wiedział;)))
A w pociągach - same przygody, ale musiałabym założyć chyba nowego bloga, no i nową siebie do jego obsługi;) Ostatnio jednak jestem "zbudowana" pociągowymi wydarzeniami. Otóż, o ile na północy kraju napada się na pociągi, jak w westernach, u nas - zgoła inne obserwacje ostatnio poczyniłam;)
Oto jednego dnia wracająca z Poznania grupa młodzieży wesoło grała w makao - jakże im zazdrościłam;) Jaki to budujący widok!
A niedawno obok mnie usiadło dwóch młodzieńców o wyglądzie aspirującym do typu "młodego akowca" (bardzo zwodniczy jest taki look dla płci pięknej) - jeden w wersji "bląd", drugi bardziej w typie przedwojennego bruneta.
Z rozmowy domyśliłam się, że są uczniami LO (nie powiem którego, ale tzw. "dobrego") z województwa i w Poznaniu byli w związku z olimpiadą historyczną (a jakże;)) i studiowaniem (przyszłym). Brunet z miejsca wyjął opasły tom ze złowróżbnym tytułem: "Historia Sejmu Polskiego" - od razu wiedziałam, że wkrótce zaśnie;)))
"Blądyn" za to spojrzał na mojego kundla i wyjął swojego. Jako że właściciele kundli zaglądają sobie notorycznie przez ramię, tak jak to zwykli byli robić wcześniej, "Blądyn" zajrzał mi w kundla i zobaczył fragment książki, z której - jak się potem przekonałam - zapewne nie zrozumiał ani słowa;) Choć była po polsku jako żywo;)
On zaś na swoim kundlu odpalił fiszki i zaczął uczyć się języka. Też mam takie fiszki - francuskie. On jednak miał - UWAGA - p o l s k i e!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Uczył się z nich takich słów jak: "krotochwila", "ruczaj", "koherencja", "obstalunek" "ambiwalentny", "permanentny", "arendarz" i mnóstwo innych w tym duchu!!!! Powtarzał je uparcie, opierając kundla na plecach Bruneta, który już na Starołęce zasnął snem sprawiedliwego czytelnika historii polskiego parlamentaryzmu;)
Sama nie wiem, jak to skomentować, ale powiem tylko tyle: "dzisiejsza młodzież" jest dla mnie zagadką, doceniam trud chłoptasi włożony w układanie włosów i trefienie fali na czołem czy też brody (każde pokolenie coś tam sobie trefi), serce rośnie, gdy chowają smartfony i grają w odwieczne makao, ale nie pamiętam by ktoś z nas (nie mówiąc o olimpijczykach z historii) robił sobie fiszki z polskiego (!!!!!) przed maturą...
Co się tu, k%$#@*a, dzieje???

niedziela, 18 stycznia 2015

Zakochana Kretowata

Dziś tylko jeden wiersz i jedna piosenka.
I wybaczcie, że wiersz po angielsku, ale tłumaczenie ś.p. Mistrza Barańczaka tym razem zawodzi...
I love Robert Frost, nie od dziś...

Stopping by Woods on a Snowy Evening

Whose woods these are I think I know.
His house is in the village, though;
He will not see me stopping here
To watch his woods fill up with snow.

My little horse must think it queer
To stop without a farmhouse near
Between the woods and frozen lake
The darkest evening of the year.

He gives his harness bells a shake
To ask if there is some mistake.
The only other sound's the sweep
Of easy wind and downy flake.

The woods are lovely, dark, and deep,
But I have promises to keep, 
And miles to go before I sleep,
And miles to go before I sleep.

Dla porządku jedynie podaję tłumaczenie Mistrza, ale nie ufajcie mu zbytnio - nie ma mowy o żadnej nadziei w wersji oryginalnej...

Przystając pod lasem w śnieżny wieczór

Wiem, czyj to las: znam właścicieli.
Ich dom jest we wsi; gdzieżby mieli
Dojrzeć mnie, gdy spoglądam w mroku
W ich las, po brzegi pełen bieli.

Koń nie wie, czemu go w pół kroku
Wstrzymałem: żadnych zagród wokół;
Las, jeziora - tylko tyle
W ten najciemniejszy wieczór roku.

Dzwonkiem uprzęży koń co chwilę
Pyta, czy aby się nie mylę.
Tylko ten brzęk - i świst zawiei
W sypiącym gęsto białym pyle.

Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,
Lecz woła trzeźwy świat nadziei
I wiele mil od snu mnie dzieli,
i wiele mil od snu mnie dzieli.


I piosenka:



sobota, 17 stycznia 2015

Rozgrzeszona Kretowata;)

Po przejściowych (mam nadzieję) problemach technicznych - jestem;)
U nas wiosna. Z Sąsiadem gadamy sobie w sweterkach, piec spala węgiel powoli i mozolnie, łopata do odśnieżana zupełnie zapomniana marnieje w chlewiku, sanki rdzewieją na strychu stodoły, puchówka przepala grzbiet... "Chwilo, trwaj!" Idylla...
Dziś "odbyłam" kolędę. Od samego rana sprzątałam chałupinkę moją, wbrew zdrowemu rozsądkowi i strategii Księcia Małżonka ("Zostaw, to sprzątanie jest i tak skazane na porażkę, pogasimy światła, zapalimy świece i nie będzie widać...")
Zdążyłam nieco ogarnąć sytuację, Książę Małżonek skończył walkę z odkurzaczem, gdy okazało się, że ksiądz jest już całkiem blisko...
Zapomnieliśmy o zapaleniu świecy (ksiądz bez chwili wahania wyjął zapalniczkę z kieszeni sutanny i zapalił sam, zanim zdążyłam sięgnąć po zapałki;), dostaliśmy po obrazku z reprodukcją Salvadora Dali. Wszystko trwało chwilkę i było bardzo miło, odbyliśmy małą dyskusję na temat feministycznych tropów w biografii św. Teresy z Avila i ksiądz już się żegnał...
Gdy minął czerwony alert, a ministranci podzwaniali pod domem Sąsiadów, pobiegłam do sklepu po śmietanę i wino do kolacji (dziś mi się zdecydowanie należała lampka czerwonego wytrawnego, a reszta drużyny wygłodniała na całego).
Kupuję zatem śmietanę, makaron i wino, a w sklepie za mną stoi Sąsiad Dalszy, do niego ksiądz miał dojść dopiero wieczorem, i z żalem mówi: "Pani to już po rozgrzeszyniu, to już możno, a jo..."
Nie czekajcie za długo;) Nie mam mocy rozgrzeszania, ale mówię Wam - dobre spaghetti (najlepsze robi Książę własnoręcznie), lampka "wę ruż" i zaczynamy "łikend";)
PS. Sztab specjalistów, czyli Kret i Google, pracuje nad odzyskaniem utraconych postów. Zwłaszcza pornograficznego dla Ankhi;)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Post próbny;)

Niestety, zjadło mi coś kilka ostatnich postów, nie mogę też dostać się na swoją pocztę;)
Upsss....
Czy mnie widać?
1-2-3 - próba blogowania;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Modlitewnik Kretowatej

No więc żyję;) Ale co to za życie!!! Pełne wstydu i pomięszania, zaczerwienione na policzkach i zasromane na całego!!!! No to było do przewidzenia, że nawywijam, ale żeby aż tak;)))
Słowa modlitewnych apostrof nasuwały się wczoraj wszystkim - ale po kolei.
Cynamonowy koń - znany ze swej niechęci do innych koni - czekał już w stajni. "Boże, niech się tylko nikomu dzisiaj nic nie stanie" - pomyślała Kretowata.
Zapowiedziałam wszystkim dziewczynom w stajni, że dzisiaj jeżdżę pierwszy raz w zastępie, żeby na mnie uważały, żeby mi pomagały, a one - te anielskie duszyczki w czternastoletnich ciałkach, kiwały głowami ze zrozumieniem... "Boże, nie pozwól, żeby mnie kopnął" - modliła się Kretowata czyszcząc kopyta. "I nie daj mi spaść" - ciągnęła modły, gdy jakimś cudem w końcu wskrabała się na konisko.
Zastęp tworzyła Kretowata, a jego czołową było dziesięcioletnie dziewczątko, niewiele większe od Księżniczki... "Panie, żebym nie skrzywdziła tego dziecka" - modliła się Kretowata, uważając, by nie podjeżdżać zbyt blisko, bo wiadomo, że Kretowaty koń kopie i gryzie inne koniowate... "Panie, nie pozwól mi się zderzyć z Dessą" - zaklinała Kretowata, gdy z przeciwka sunęła Dessa ujeżdżana przez wiadomego jeźdźca od "rozgrzanego konia"...
Gdy padła komenda: "Zastęp kłusem anglezowanym w prawo marsz!!!" - Kretowata modliła się o to, by nie wybuchnąć śmiechem - pożal się Boże nad naszym zastępem;) Ale dziewczątko ruszyło, a ja za nim. Tym kłusem. Zaraz odechciało mi się śmiać i brakło mi co najmniej dwóch rąk - jednej do bata, a drugiej do trzymania lusterka wstecznego...
Na dodatek dzisiaj było jakieś oberwanie chmury tzw. "publiczności" - nie jeżdżącej, a siedzącej na ujeżdżalni i strasznie tremującej debiutantów. "Panie Jezu, żebym sobie nie zrobiła wstydu" - ciągnęła modły Kretowata - i słusznie prawi ksiądz na religii - nie wszystkie nasze modlitwy będą wysłuchane...
Przez pierwsze pół godziny trzymałam się dzielnie - nadążałam za dziewczątkiem, zawracałam zgodnie z komendami, wyjeżdżałam narożniki. A potem... Potem koniec. Masakra.
Zgubiłam czołową, tym samym powodując dekonstrukcję zastępu, co zrewolucjonizowało ruch na ujeżdżalni i wprowadziło zasadę "Ratuj się, kto może!"
Gdy zaś po chamsku zajechałam drogę kłusującej doświadczonej dziewczynie (no nie pamiętam dlaczego - chyba jej nie zauważyłam;) - usłyszałam za plecami tylko jęk pełen zgrozy i desperacji, który będzie mi się dzisiaj śnił: "Ooooo, Jezu!!!!" Nie tylko ja się modliłam tak intensywnie...
Moja trenerka modliła się zapewne o to żebyśmy wszyscy doczekali bezpiecznie końca tej jazdy, tym bardziej, ze publiczność łaziła tam i z powrotem co i raz płosząc konie drzwiami na halę. Zwłaszcza mój koń wrażliwy jest na to, jak na wszystko;)
Po czterdziestu minutach poddałam się oficjalnie twierdząc, że nie nadaję się do zastępu i w ogóle do "towarzystwa" - trenerka oceniła, że inaczej nigdy się nie nauczę i mam nie panikować tylko pilnować wodzy i patrzeć, gdzie są inne konie. "Panie Boże, która to wodza prawa, a która lewa, bo już nie pamiętam" - prosiła o pomoc z Góry Kretowata, a tu jeszcze trenerka krzyczy coś o bacie i anglezowaniu na złą nogę... Co do innych koni to było ich tylko cztery??? Miałam wrażenie, że cała chorągiew Pana Michała W. co najmniej...
Cynamonowy wierzchowiec generalnie zachowywał spokój, chociaż już czułam, że coraz bardziej ma mnie gdzieś, a zwłaszcza moje łydki, o których coś krzyczała trenerka... "Panie Boże, gdzie mam łydki?" - zastanawiała się nerwowo Kretowata... "Nie zwalniać na pierwszym śladzie!!! Ktoś zaraz wjedzie w Cynamona!!! Mocniej go batem!!" - "Boże, pomóż mi mocniej tym batem, to go przecież boli chyba..." - dywagowała Kretowata, lawirując między drążkami, gdzie dziewczyny z kółka jeździeckiego chichotały już całkiem jawnie z mojego osielstwa.
Zgodnie jednak z przewidywaniami musiałam wyglądać godnie i profesjonalnie, bo przejeżdżając obok tzw. "publiczności" (którą dzisiaj akurat sami diabli nadali), usłyszałam, jak tatuś mówi do podsadzanego dziecka: "Zobacz, jak pani ładnie jeździ na koniu". "Dzięki Ci Boże za dyletantów! " - pomyślała Kretowata, usiłując odróżnić wodzę zewnętrzną od łydki wewnętrznej...
Komendę "z koni" wszyscy powitali z głębokim poczuciem ulgi, a Kretowata modlitwą dziękczynną...
Nie chcą mnie jednak z powrotem na sznurek przypiąć! Kazali do tego zastępu znowu...
W skali 10-cio stopniowej, jaką ustaliłyśmy sobie z trenerką przy jeździe "samotnej" miałam ósemkę, a dzisiaj naciągane sześć... Wynik zresztą nie jest ważny - ważne, że nikt nie ucierpiał.
Cynamona i tak wyściskałam, wyprzytulałam, bo jest słodziak, chociaż bestyja nielicha;) Dessowy jeździec okazał się szalenie miły i bardzo wyrozumiale przyjął moje poczucie głębokiego desolation;) Podobnie jak dziewczyny ze stajni, które musiały za mnie odnieść siodło i ogłowie, bo straciłam zupełnie poczucie obowiązku po tym, jak rozebrałam Cynamona... A sam koń także miał dziś pecha, bo nie dość, że się szarpaliśmy przez godzinę, to jeszcze jego sąsiad z boksu obok wyżarł mu owies i po takim ciężkim treningu zastał pusty żłób...
I tak viribus unitis i przy boskich auxiliach Kretowata przeżyła pierwszą jazdę w zastępie. Oby następne były tylko lepsze. Amen.
A to dzisiejsza szybka fotka przed  siodłaniem;) Mój rumak bojowy;))

piątek, 2 stycznia 2015

Skąd wziąć zielone liście o tej porze roku?

Jutro wielki dzień - dołączam do zastępu jeźdźców;) Mam nadzieję, że nie natrzodzę zbytnio, że nie zaliczę gleby, nie padnie pode mną koń (patrz Mnemo;), nie staranuję nikogo etc...
Zgodnie z obietnicą, dostałam od Księcia Małżonka stosowną kamizelkę ochronną w odpowiednim rozmiarze i odpowiednio atestowaną. Dostałam również szykowny bat w kolorze głębokiego brązu, by pasował mi do kasku i sztylpów. Jutro zatem będę wyglądać mega-profesjonalnie...
Iiiiii - to by było na tyle;)
Pamiętam że czułam się mniej więcej tak samo wieki temu po odbiorze prawa jazdy - niby fajnie, a w gaciach pełno. Wtedy moją Śmigawę zdobiły zielone liście, które niejeden raz doopę mi uratowały - może na tej kamizelce powinnam coś takiego nakleić? Lub na koniu?;))
Hm... Ale teraz nie ma żadnych liści, mogę się najwyżej umaić "zimnozielonymi";)
Tak czy siak przez jakiś czas będę zapewne wyglądać jak laska w tym teledysku;)


Trzymajcie kciuki - będę potrzebowała wsparcia;) Koń zapewne też;)
PS. Miałam bawić się w tym roku na balu koniarza, ale Książę stanął okoniem (o!-koniem!), że on:
1. nie je mięsa
2. nie pije alkoholu
3. nie tańczy
4. nie jeździ konno
 - w związku z tym po co pójdzie? No - pytanie jest zasadne i dobrze postawione, przychodzi mi do głowy jeszcze jedno, ale zadam je sobie tak bardzo, bardzo po cichutku;))))))